Ból w krzyżu, czyli dużemu wolno więcej

Spór o krzyż sprzed Pałacu Prezydenckiego jest bolesny nie tylko dla chrześcijan, ale także dla niewierzących, tylko z różnych względów.

 

Złapał mnie niedawno ból w krzyżu. Jak dotąd tylko słyszałem, że taki istnieje, ale chyba coś źle chwyciłem, albo zbyt gwałtownie się ruszyłem, no i złapał, i trzymał kilka dni. Ale to nic w porównaniu z bólem serca i bólem głowy, jakie na mnie spadły i długo trzymały z powodu krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego.

Być może, gdy artykuł ten dotrze we wrześniu do rąk czytelników, będzie już po sprawie, jakieś kolejne porozumienie zostanie wreszcie osiągnięte — nowy prezydent własną krwią podpisze, że na Krakowskim Przedmieściu zostaną godnie upamiętnione ofiary smoleńskiej katastrofy, tak zwani obrońcy krzyża odstąpią, a sam przedmiot sporu zostanie przeniesiony do któregoś z rzymskokatolickich kościołów. Jeśli nawet tak się stanie, trudno będzie to nazwać happy endem. A jeśli tak się nie stanie, to istnieje realna groźba, że relacje sprzed Pałacu Prezydenckiego przerodzą się wkrótce w serial telewizyjny bezendu.

A wydawało się, że wszystko skończy się szczęśliwie już 3 sierpnia. Tego dnia na mocy porozumienia między Kancelarią Prezydenta, Kurią Warszawską, Duszpasterstwem Akademickim oraz harcerzami z ZHR i ZHP miało dojść do przeniesienia krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego na Krakowskim Przedmieściu do oddalonego o kilkaset metrów rzymskokatolickiego kościoła. Do przeniesienie krzyża jednak nie doszło. Nie pozwolili na to „obrońcy” krzyża. Jak to wyglądało, nie ma potrzeby opisywać, wszyscy widzieliśmy. Większość komentatorów po tej kompromitacji załamywała ręce. Dlaczego nie uszanowano porozumienia, które z takim trudem udało się wreszcie osiągnąć? — mówili. To porażka państwa. To również porażka Kościoła.

Niewątpliwie była to jakaś porażka wszystkich stron konfliktu. Tylko czy porażką było niezrealizowanie porozumienia czy też samo porozumienie?

 

Kancelaria Prezydenta

Wątpliwości budzi już Kancelaria Prezydenta jako strona tego porozumienia. Niewątpliwie ma prawo być zainteresowana tym, co się dzieje przed pałacem. W końcu chodzi tu względy bezpieczeństwa głowy państwa. Wydaje się jednak, że wszystko, co jest położone pasie drogowym Krakowskiego Przedmieścia i całego Traktu Królewskiego, leży w gestii władz miasta Warszawy i wojewódzkiego konserwatora zabytków; to do niech należą decyzje, co może, a co nie może zostać tam postawione. Na jakiej zasadzie Kancelaria Prezydenta, ulokowana na szczycie władzy państwowej, wykonawczej, może podejmować zobowiązania za władze miasta, jako władze samorządowe. To wygląda na jakąś iluzję samorządności władz lokalnych. Jeśli już Kancelaria Prezydenta chciała być stroną porozumienia, to powinna była do niego zaprosić jeszcze władze miasta Warszawy. Inaczej można odnieść wrażenie, że w Polsce duży może więcej?

 

Harcerze

Harcerze to kolejna wątpliwa strona porozumienia. Ci z ZHP to raczej taki kwiatek do kożucha, bo inicjatorami postawienia krzyża byli ZHR-owcy, czyli harcerstwo powstałe w 1989 r. jako odpowiedź środowisk niepodległościowych na uważane za komunistyczne harcerstwo z ZHP. Ale trzeba wiedzieć, że ZHR to harcerstwo pełne druhów kapelanów i ojców harcmistrzów. Dlatego śmiem wątpić w deklarowaną przez harcerzy spontaniczność ich decyzji o postawieniu krzyża. Co najwyżej wierzę w ich wiarę, że ta decyzja taka była.

Inną sprawą związaną z harcerzami jest to, że postawili krzyż, nie pytając się władz miasta o zgodę. Można oczywiście zrozumieć emocje, jakie towarzyszyły wszystkim bezpośrednio po katastrofie. Ale gdy już ofiary zostały pochowane, a pierwsze emocje minęły, ten krzyż trzeba było albo zalegalizować, występując o to do właściwych władz, albo usunąć, względnie przenieść, by nie tworzyć sytuacji samowoli, która będzie ośmielać innych do stawiania czegokolwiek i gdziekolwiek. W tym kontekście zupełnie nie rozumiem, dlaczego władza potrzebuje porozumienia na usunięcie czy przeniesienie czegoś, co postawiono nielegalnie, nawet krzyża.

Poza tym harcerze wypowiadający się na ten temat w mediach to najczęściej nie jakaś młodzież z mlekiem pod nosem, ale ludzie jak najbardziej dorośli, często nawet z włosami przyprószonymi lekko siwizną. Czy tak dojrzali ludzie nie byli świadomi, że stawiając krzyż w takim miejscu i w takim kontekście politycznym, i w ogóle w Polsce, w której krzyż raz postawiony jest niemal nie do usunięcia — stwarzają możliwość wybuchu nowego konfliktu społecznego?   

Postawienie krzyża przez harcerzy można porównać do wejść za cudzy teren i postawienia tam domu bez zezwolenia zarówno budowlanego, jak i od właściciela terenu, a potem, gdy właściciel zechciałby odzyskać władztwo nad swoją własnością, powiedzieć mu: nigdzie się nie ruszę, bo tu stoi mój dom, nie mam dokąd pójść, ale pójdę, jeśli umówimy się na jakąś rekompensatę. Każdą podobną sytuację uznalibyśmy za absurd. Dlaczego tej spora część rodaków nie uznaje za absurdalną? Odpowiedź jest jedna: bo dotyczy krzyża, a krzyż jest symbolem religii w Polsce dominującej. Gdyby chciano tam postawić żydowską gwiazdę Dawida lub muzułmański półksiężyc na rozpędzenie zgromadzonych pod tymi symbolami nie potrzeba byłoby nawet policji, wystarczyliby skinheadzi lub oburzona lokalna społeczność? Może ta sama, która wiosną protestowała w Warszawie przeciwko budowie meczetu. Ale z krzyżem inna sprawa. Znów dużemu wolno więcej.

 

Kościół

Ostatnią stroną, która wywołuje moje wątpliwości, jest Kościół. I żeby było jasne — rzymskokatolicki. Musiałem to dodać, bo przedstawiciele władz i media uparcie mówią tylko: Kościół to, Kościół tamto — tak jakby w Polsce chrześcijan reprezentował tylko jeden Kościół rzymskokatolicki. Widać zarówno władza, jak i media, podobnie do tak zwanych obrońców krzyża, reprezentują pogląd, że Polska jest katolicka, a skoro tak, to nie warto Kościołowi dodawać jakichkolwiek przymiotników, bo i tak wiadomo, o jaki chodzi.

A ja się nie zgadzam. Polska nie jest ani katolicka, ani prawosławna, ani protestancka, ani bezwyznaniowa czy ateistyczna — jest przede wszystkim państwem świeckim, zobowiązanym do zachowywania neutralności i bezstronności w sprawach przekonań religijnych i światopoglądowych swoich obywateli. A to oznacza, że zarówno przedstawiciele władz, jak i mediów powinni precyzyjnie określać, o jaki Kościół w ich wypowiedziach chodzi, bo bez tego można odnieść wrażenie oficjalnego preferowania Kościoła dominującego.

Twierdzi się też, że Kościół rzymskokatolicki jest tu właściwą stroną porozumienia, dlatego że spór toczy się o krzyż. Ale przecież te dwie skrzyżowane deski to symbol używany przez wszystkich chrześcijan. Dlaczego więc tylko jeden Kościół chrześcijański jest pytany o zdanie w tej sprawie? Dlaczego, gdy Kościół rzymskokatolicki dłuższy czas nie miał ochoty włączyć się do sporu i ponieść ten kłopotliwy krzyż do jednego ze swoich kościołów na Krakowskim Przedmieściu, władza nie zapytała innych Kościołów chrześcijańskich, czy nie zechciałyby się nim zaopiekować? W końcu pod Smoleńskiem zginęli nie tylko katolicy. Czyżby znów dlatego, że dużemu wolno więcej?

W ogóle dziwi mnie milczenie w tej sprawie Kościołów mniejszościowych, którym bardziej niż komukolwiek innemu powinno zależeć na respektowaniu zasady niezależności Kościołów od państwa, co oznacza także niezależności państwa od Kościołów. Zasada ta, zwana dawniej zasadą rozdziału, jest jedną z gwarancji wolności sumienia i wyznania. Zapraszanie przez władzę do mediacji czy zawarcia porozumienia w tej sprawie Kościoła dominującego jest po pierwsze przejawem jednostronnej rezygnacji z tej zasady oraz naruszeniem zasady bezstronności oraz zasady równouprawnienia Kościołów i związków wyznaniowych. Nie mówiąc o tym, że — co powtórzę — władza nie musi się z nikim porozumiewać, żeby usunąć stan niezgodny z prawem.

 

„Obrońcy” krzyża

Wielu komentatorów narzekało, że stroną nieobecną w pierwszym porozumieniu byli „obrońcy” krzyża. Twierdzono, że pominięto wolę ludzi, którzy przychodzili pod Pałac w pierwszych dniach po katastrofie, którzy chcieli, by to tragiczne wydarzenie właśnie w tym miejscu zostało w szczególny sposób upamiętnione.

Tyle że ja też tam byłem, już w nocy z 10 na 11 kwietnia, a potem jeszcze kilka razy. Byłem zanim postawiono krzyż i gdy już był. Teoretycznie postawiono go więc również w moim imieniu. Ale nie pamiętam, by ktoś pytał się o moje zdanie — czy chcę, żeby tam stał krzyż, pomnik czy tablica pamiątkowa. Jakim prawem ktoś post factum zakłada, że każdy, kto przyszedł pod Pałac oddać hołd pamięci tragicznie zmarłych, chciał postawienia właśnie tam jakiegoś znaku pamięci.

To co się dzieje (lub, mam nadzieję z perspektywy września, już działo) pod Pałacem Prezydenckim to nie obrona krzyża, tylko wystawianie go na atak i pośmiewisko. Rzekomi obrońcy krzyża swoją postawą jedynie eskalują napięcie społeczne i pogłębiają podziały, prowokują równie agresywnych obrońców świeckości państwa. Obie grupy już przerzucają się argumentami, a czasem epitetami. Jeszcze trochę a w ruch pójdą pięści i kamienie. Już jesteśmy świadkami prześmiewczych happeningów, parodii obrony krzyża w formie np. stawiania krzyży z puszek po piwie, czy bitew na poduszki o krzyż. A wszystko to z jednej strony w imię jego obrony, a z drugiej w imię obrony świeckości państwa. Żenujące. Ale od czego się zaczęło? Nawet nie od postawienia tego krzyża, a od zapowiedzi jego obrony do ostatniej kropli krwi.

 

Godność bez dna

Ustąpimy, jeśli dostaniemy gwarancję na piśmie, że w tym miejscu stanie pomnik lub tablica godnie upamiętniająca ofiary katastrofy smoleńskiej — mówią rzekomi obrońcy. Ale co to znaczy „gwarancja na piśmie”? Kto ma ją dać? Nowy prezydent? Jego kancelaria? Już wspominałem, że decyzje o tym, co będzie stało w Trakcie Królewskim podejmują właściwe organy miasta Warszaw, których jak dotąd nikt do porozumienia nie zaprosił.

A co to znaczy „godnie”? Chciałbym się okazać złym prorokiem, ale myślę, że gdy już ktoś będzie gotowy dać na piśmie jakieś gwarancje, punktem spornym okaże się właśnie poziom owej godności. Nie wiem, jak ta godność będzie mierzona — w centymetrach czy metrach, kwadratowych czy sześciennych, może odległością od wejścia do Pałacu Prezydenckiego, rodzajem materiału, czy stopniem wyróżnienia na liście ofiar nazwiska pary prezydenckiej — powtarzam, nie wiem. Ale jedno wiem, a właściwie przypuszczam, że cokolwiek będzie zaproponowane, długo nie będzie dostatecznie godne. 

Dlaczego grupka fanatyków (niekoniecznie religijnych) sprzed Pałacu ma decydować, gdzie i w jaki sposób ma zostać upamiętniona pamięć ofiar katastrofy smoleńskiej? Przecież to była tragedia narodowa, czyli nasza wspólna. Nikt nie ma prawa jej sobie zawłaszczać? Cały naród ma prawo się wypowiedzieć w sprawie formy i miejsca tego upamiętnienia. Miejscem prezentacji poglądów narodu w tej kwestii mogą być media. Mógłby też o tym zdecydować parlament, w którym zasiadają przedstawiciele narodu. Znaczący wpływ na tę decyzję powinny mieć rodziny tragicznie zmarłych — strona do wydarzeń spod Pałacu Prezydenckiego niemal całkowicie pominięta. A tak co mamy? Szantaż. Albo tu i teraz, i tylko to, co nam wyda się odpowiednie, albo będziemy tu koczować do końca świata i jeden dzień dłużej — grożą „obrońcy”.

 

Komu przeszkadza krzyż

Przecież ten krzyż nikomu nie przeszkadza — co jakiś czas stwierdza w mediach jakiś jego „obrońca” czy polityk.

I tu się mylą. Mnie przeszkadza, choć jestem chrześcijaninem. I nie tyle sam krzyż jako taki, ale ten krzyż w tamtym miejscu. Przeszkadza mi, że postawiono go również w moim imieniu, ale bez pytanie mnie o zdanie, i że władza, aby go usunąć musi to konsultować i podpisywać porozumienia w tej sprawie. Przeszkadza mi, że ktoś stawia sobie przed Pałacem Prezydenta wszystkich Polaków, symbol religijny tylko ich części (nawet jeśli większej, to jednak nadal tylko części).

Ależ to usuwanie krzyża z przestrzeni publicznej! — krzyczą „obrońcy”. A przecież w Sejmie też jest krzyż i to od dawna — argumentują.

No właśnie. Wiedziałem, że kiedyś odbije się to nam czkawką. Że tamten nocą, po partyzancku zakładany w sali obrad przedstawicieli całego narodu krzyż, stanie się precedensem, na który powoływać się będą w przyszłości zwolennicy już nawet nie krzyża, co — powiedzmy to jasno — państwa wyznaniowego. Do czego doprowadził ten precedens? Do tego, że dziś, gdy się nie chce w pobliżu własnego domu jakiś inwestycji, to wystarczy nocą postawić na terenie pod nią przeznaczonym krzyż, przy nim warty, a już nie ma siły, która byłaby go w stanie z tego miejsca usunąć, bo a nóż upomni się o niego Kościół (żeby było jasne) rzymskokatolicki. A duży w naszym kraju dużo może. Nie warto ryzykować.

 

Prawdziwa obrona krzyża

A tymczasem Chrystus nigdy nie wzywał nikogo do stawiania krzyży i ich obrony, tylko do ich noszenia, a nawet dźwigania. „Kto nie dźwiga krzyża swojego, a idzie za mną, nie może być uczniem moim” [1] — mówił. I na pewno nie chodziło o dosłowne noszenie ich na sobie czy stawianie, gdzie się żywnie podoba, tylko o wyrzeczenie się pierwszeństwa swoich pragnień i planów, a postawienie na pierwszym miejscu w życiu właśnie Chrystusa, Jego nauk i wartości. „Jeśli kto chce pójść za mną, niech się zaprze samego siebie i weźmie krzyż swój, i niech idzie za mną” [2].

Prawdziwi obrońcy krzyża to ci, którzy za apostołem Pawłem gotowi byliby powiedzieć: „Z Chrystusem jestem ukrzyżowany; żyję więc już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus; a obecne życie moje w ciele jest życiem w wierze w Syna Bożego, który mnie umiłował i wydał samego siebie za mnie” [3]. Nie sądzę, aby Pan Jezus gotowy byłby szarpać się ze strażą miejska w imię obrony symbolu już nawet nie swojej śmierci, ale cudzej i jej godnego uczczenia.

Krzyż w nauce apostolskiej miał łączyć podzielonych, a nie być używanym do dzielenia lub pogłębiania podziałów. Chrystus przyszedł, aby ludzie pojednali się ze sobą i z Bogiem, aby pojednać ich „przez krzyż, zniweczywszy na nim nieprzyjaźń” [4].

Oczywiście tej pojednawczej mocy nie mają żadne dwie skrzyżowane deski, żeby nawet nie wiem jak i przez kogo poświęcone. Ma ją ewangelia, dobra nowina o pojednawczej ofierze Jezusa na krzyżu; o ofierze poniesionej w zastępstwie grzeszników; o przebaczeniu wszystkich grzechów tym, którzy w nią uwierzą. To wszystko i jeszcze więcej mieści się w słowie „krzyż”. Jednak wszystko to ginie, traci swoją moc, jeśli używa się tego słowa, czy symbolu w sposób niewłaściwy, używa do kłótni, walki na argumenty.

Między innymi o tym pisał apostoł Paweł, że Chrystus posłał go, aby „zwiastował dobrą nowinę”, ale „nie w mądrości mowy, aby krzyż Chrystusowy nie utracił mocy” [5]. Krzyż Chrystusowy, jego treść i przesłanie może utracić moc. I niewątpliwie na Krakowskim Przedmieściu to się stało. Ale w gruncie rzeczy czemu tu się dziwić, skoro nawet w czasach apostoła Pawła wśród wierzących zdarzali się ludzie, którzy postępowali „jak wrogowie krzyża Chrystusowego” [6] i wystawiali go „na urągowisko” [7].

Olgierd Danielewicz

 

1 Łk 14,27. 2 Mt 16,24. 3 Ga 2,20. 4 Ef 2,16. 5 1 Kor 1,17. 6 Flp 3,18. 7 Hbr 6,6.

 

[Artykuł ukaże się we wrześniowym numerze mięsięcznika "Znaki Czasu"].

 

Autor: Olgierd Danielewicz