Bóg i kamień - paradoksalnie...?

Najbardziej znanym i nadużywanym, przez niedowiarków pytaniem, jest: „Czy Bóg (istota wszechmogąca) mógłby stworzyć kamień, którego nie mógłby podnieść?"

 

0a6be70dfc7cc5d308fe927555b89fd1.jpg

Są tacy, których problem ten nurtuje i tacy, którzy uważają go za wybieg semantyczny, z założenia, zaprzeczający logice sformułowania, dla samego zagadnienia, a mający jedynie pomnożyć ilość kretyńskich pytań, rzucanych przez ludzkość, w twarz Bogu. Bez względu na charakter pytających, spróbuję rozwiązać tu ten paradoks. A także, filozoficznie i w innej, jego formie: "Co się stanie, jeśli siła, której nic nie może zatrzymać, spotka się z obiektem, którego nic nie może poruszyć?".


Proponowane rozwiązania paradoksu, napotkane przeze mnie w internecie (posiłkuję się Wikipedią), są niczym innym jak wybiegami, w stylu zamiecenia problemu pod dywan, a czego od filozofów, jak widać, uczymy się wszyscy (ludzkość, jako ogół) namiętnie:


Wikipedia:

    "1. Byt ten może stworzyć kamień, którego nie może podnieść w tym momencie.


    2. Jednak, będąc wszechmogącym, byt ten może zawsze później zredukować wagę kamienia lub dać sobie dodatkową siłę, tak aby była zdolna go unieść. Dlategoż byt ten jest wciąż prawowicie wszechmogący."

Oprócz filozofów, mamy na Ziemi, na szczęście, także innych uczonych: m. in. : biologów, fizyków, astronomów i to oni rozwiązali, już dawno temu, ów paradoks, nawet jeżeli jeszcze tego nie nazwali i nie opisali.


Wszechświat, zdaniem pana Hawkinga, powstał sam z siebie, na zasadzie pytania, które u nastolatków lubię: "A czemu nie...?!". W oparciu o kwant, który w swej nieobliczalności, mógł zrobić milion fikołajków, do potęgi milionowej i stworzyć sam siebie. Nie odbieram panu Hawkingowi logiki w tym założeniu. Kwant jest rzeczywiście mendą, którą stać na wszystko, ale czy naprawdę...? Możliwe... Kwestia wiary.


I mój punkt widzenia i pana Hawkinga, opierają się na wierze, że było tak, a nie inaczej. Czyli, ja wierzę, że Bóg stworzył wszystko, a pan Hawking wierzy, że Wszystko stworzyło się samo. Bo mogło, bo to niewykluczone, bo tak i już... Kwestia wiary i nie mająca, nic wspólnego z nauką. Identycznie, jak w przypadku powstania życia na Ziemi: wiara w kreację- iskrę bożą i wiara w zapłon samoczynny. W obu przypadkach jest to wiara, w słuszność własnego poglądu, z negowaniem poglądu adwersarza...


Otóż Bóg, jako byt wszechmocny, może ustanawiać bariery (czy jest nim kwant? Nie wierzę...(!)) nie do przebycia przez samego siebie i spróbuję to udowodnić. Czy, bez lawirowania i mnożenia pytań? Za chwilę...


Oddziaływania słabe i silne, to tylko dwa, z licznych praw (barier), ustanowionych przez Boga dla zachowania spójności Wszechrzeczy. W skali kosmosu jednak, złamane zostają, w zderzeniu z, m.in., czarną dziurą. Kamień zostaje uniesiony, lecz na skalę Wszechświata (rozerwanie jakiejś gwiazdki) nieistotną i niczego nie wywalającą, do góry nogami. Na ziemi, żeby istnieć, także mamy prawa, które jednak niejednokrotnie już zostały złamane, przez narzędzie zwane doborem naturalnym (wykształcanie płuc, skrzydeł itp.), a co dla życia, żadną katastrofą nie skutkowało.

Mamy prędkość światła, o której złamaniu marzymy i prędkość dźwięku przy ziemi, która przemielona została w chwili, pojawienia się ludzi. Przykład reakcji szybkości, na dotarcie dźwięku, z punktu a do punktu b:


1. Mietek, daj piątaka -...                                                                                       yyyyyyyyyy!


2. Mietek, masz pią(cap!)taka.


Wracamy do Wikipedii:


"Omnipotencja z zasady

Jeśli byt jest zasadniczo wszechmogący, wówczas można rozwiązać ten paradoks:

    1. Byt wszechmogący jest z zasady wszechmogący, toteż niemożliwe jest dla niego, aby był niewszechmogący.


    2. Ponadto, byt wszechmogący nie może zrobić tego, co jest logicznie niemożliwe.


    3. Stworzenie kamienia, którego byt wszechmogący nie mógłby podnieść, byłoby niemożliwością, ergo zrobienie takiej rzeczy nie jest wymagane dla tego bytu.


    4. Byt wszechmogący nie może stworzyć takiego kamienia, ale pomimo tego wciąż zachowuje swoją wszechmoc."


Jedynie punkt pierwszy jest prawdą, nie wyjaśniającą jednakże zagadnienia. Drugi czymś żałosnym, próbującym sprowadzać Boga do poziomu człowieka. Trzecie, próbą wnikania, co Bóg zaplanował i czego, do tego potrzebuje. Czwarte, wykrętem.

Ja, w swej definicji, posłużę się mianem "bariera" dla kamienia.


 >>> 1. Bóg może stworzyć barierę, której Sam nie przekroczy, ponieważ każda, przez Niego ustanowiona, zniknie samoistnie, dla podtrzymywania i niezakłócania porządku istnienia, Wszechrzeczy powstałej, zgodnie z Jego wolą.


Czyli: Bóg unosi kamień, nie kiwając palcem.

Polega to na tym, że Bóg, w swej Wszechmądrości przewidział takie pytania i zabezpieczył odpowiedź - paradoksem.

Bóg, sam kamienia nie unosi, lecz unosi go jego wcześniejsza wola. Czyli, de facto, unosi go On i nie unosi go sam.

Innym rozwiązaniem jest Wszechczasowość Boga.

>>> 2. Jako pozbawiony ograniczeń, w dowolnym nieczasie stwarza kamień, którego unieść nie zdoła, po czym go unosi. Ze względu na bezczasowość wyczynu, nie może być ono rozpatrywane w żadnym czasie.


Dla tych, którym wydaje się to nazbyt skomplikowane, rozwiązanie prostsze:


>>> 3.  Bóg, jako stwórca Wszystkiego, jest, siłą rzeczy, także autorem Niemożliwego <<<


Czy kwant, w swojej pyszałkowatej nieobliczalności, jest bogiem...?


A teraz, obiecany, drugi przykład:


"Co się stanie, jeśli siła, której nic nie może zatrzymać, spotka się z obiektem, którego nic nie może poruszyć?".


W pewnej wiosce na Podlasiu mieszka Helka, której nic nie jest w stanie powstrzymać i Lesio- istny Everest, którego nie sposób poruszyć. Helka, puki co, krąży, lecz gdy uderzy... Właśnie... Na dziś, dzień:


1. Helka - rozbiję się o niego?


2. Lesio - Ta Baba mnie roztrzaska!


Rozwiązanie:


1. Optymista: coś miękkiego, odosobnionego i dwie siły się zrównoważą.


2. Pesymista: albo zniszczą!


Zarówno 1, jak i 2, są odpowiedzią na zagadnienie. Filozoficzną...

------------------------------------------------------------------------------------------------

Albo to było tak...:

Dawno, dawno temu, a tak naprawdę najdawniej i nie, gdyż czas nie istniał jeszcze (pi razy drzwi, piętnaście miliardów lat temu), nie było nikogo, niczego... a jednak...

 

— La-lalala-lala-lala, lala-lalala-lala-lala...!

— Co to ma być...?!

— Nic.

— Jak to, nic? Przecież słyszę?!

— Nie możesz. Nie istniejesz.

— Przecież jestem!

— Nie jesteś ani cię nie ma. Nie ma niczego, mnie także.

— To wariactwo jakieś!

— Paradoks, nie wariactwo. Skąd ty bierzesz takie słowa?!

— Znikąd! Hehehehe! Rech!

— Dziwne...

— Paradoks.

— Taaak...

— A co my tutaj robimy, skoro nic nie ma?

— Ja stwarzam.

— A ja?

— A ciebie nie ma?

— A długo to potrwa, żeby coś powstało?

— Jakieś miliard lat.

— Jakoś wielgaśnie brzmi...

— Dla pomiaru czasu.

— A to Czas już jest?

— Nie ma, tak i szybko zleci.

— No, dobra... A z czego ty stwarzasz?

— Z niczego.

— Ooo! To dopiero paradoks!

— Jeden z wielu.

— A dużo ich jeszcze będzie?

— To zależy, ile ich wymyśli.

— Kto?

— Paradoks.

— To będzie Paradoks, hmm, największy?

— Mój kamień.

— Nie rozumiem...?

— Jestem wszechmocny.

— I...?

— I paradoks brzmi: czy mogę stworzyć kamień tak ciężki, żebym nie zdołał go unieść?

— A możesz?

— Będzie nazywał się: człowiek.