Apteczka domowa

Róbcie od czasu do czasu przeglądy swoich apteczek domowych

 

Jednym z moich hobby są apteczki domowe moich przyjaciół, znajomych, rzadziej nieznanych mi ludzi. Otóż każdy ma w swoim domu takie miejsce, w którym przechowuje swoje leki. Są to szuflady w kuchni, w pokojach, a nawet szafki w łazienkach, najrzadziej na strychach i w piwnicach. Interesują mnie tylko i wyłącznie leki przeterminowane. Zapytacie dlaczego? To proste. Po pierwsze, każdy posiada w swej apteczce domowej jakieś leki, którym upłynął termin ważności. Natomiast nie każdemu starcza odwagi na zużycie ich, bądź pozbycie się ich w jakiś sposób. Niektóre z nich są bardzo drogie. Nieraz trzeba specjalnie czekać na jakąś rzadką chorobę, żeby móc sobie zaaplikować taki lek, który jest już w momencie nadejścia choroby przeterminowany. I wtedy pojawia się dylemat. Wyrzucić, czy zażyć? Jak zażyję, to pomoże, czy zaszkodzi? Niektórzy spośród moich znajomych mają w swoich schowkach bardzo stare medykamenty. Wymienię dla przykładu: owowitynę, akron, madroxin, biseptol, tabletki z krzyżykiem i wiele innych. Z pomocą takim nieszczęśnikom przychodzę ja. Bywa, że chronię też jednocześnie ich dzieci od przypadkowego zjadania niebezpiecznych dla nich leków, które mogłyby się dostać w ich rączyny. Po drugie, jak zaznaczyłem na wstępie, jest to moje hobby, przy którym odczuwam nieodpartą potrzebę konsumowania leków wszelkiej maści, nie ważne na co, byle było dużo i o różnorakim działaniu. Niestety, wpadłem w nałóg, można by go określić “lekożerstwem”, który pozwolił mi przy okazji na zahartowanie swego organizmu i szybką jego odpowiedź na jakąkolwiek modną chorobę. Na kupowanie ogromnych ilości ważnych lekarstw po postu mnie nie stać. Gdy wcześniej odwiedzałem moich przyjaciół, wpuszczali mnie bez obaw, do czasu poproszenia ich o wskazanie apteczki domowej. Tak więc, jak tylko zdzwonię do drzwi przyjaciół, czy znajomych, od razu sieję popłoch i zamieszanie, ale nie wypada im nie wpuścić mnie do mieszkania. Ja zaś, po wymianie pozdrowień i uprzejmości, zmierzam prosto do ich apteczek. A co znajduje? Ho-ho-ho. Czego tam nie ma! Opatrunków nie ruszam, ale badam starannie daty leków, syropów, czopków, rozmaitych płynów do płukania, odkażania, no i wszelkiego rodzaju maści - te przysparzają mi najwięcej problemów, ale o tym później. Co się da, to faszeruję się natychmiast na ich oczach. Odkręcam buteleczki, rozrywam opakowania, czasem same się rozpadają, wyciskam tabletki i połykam popijając kranówą. Czasami trafi się aviomarin, ale najczęściej spotykam rutinoscorbin, raphacholin, antybiotyki, a nawet takie, o których pojęcia nie mam na co są. Co gęby, to to gęby, co do dupy, to do dupy - czopki oczywiście mam tu na myśli. Maści zabieram do domu. Wychodząc z gościny, bywa, że kręci mi się we łbie, robi na przemian zimno i gorąco, lata mi coś przed oczami albo momentami nic nie widzę (raz nawet uderzyłem głową w latarnie, ale na szczęście obeszło się bez obopólnego szwanku). Ale czego się nie robi dla utrzymywania zdrowia i wybawienia przyjaciół i znajomych z kłopotów? Przychodząc do domu, zaraz zaczynam od aplikacji maści. Nie ważne na co, organizm wchłaniając i tak sobie wybierze co mu potrzeba. Nieraz wyciskam na siebie prawie nie zużytą tubkę, np. voltarenu. Ale jak tu się kłaść do łóżka takim natłuszczonym będąc? No więc siedząc na gazetach i popijając jakieś przeterminowane, witaminizowane tabletki musujące, które po wrzuceniu do wody przestały - rzecz oczywista - syczeć i musować, odczekuję parę godzin aż się wchłonie co się ma wchłonłąć i robię sobie kąpiel. Innym razem, wrzucam do wanny jakiś zdobyty środek odkażający, np. nadmanganian potasu. Skutek jest taki, że wychodzę po takiej kąpieli cały brązowy, ale to już mniejszy problem. Nawet, jeśli wzbudzam zaciekawienie sąsiadów swoim niezwykłym kolorem skóry.

A teraz pora na ostrzeżenie. Nie trzymajcie w swych apteczkach domowych leków przeterminowanych, czekając na chorobę, która nie ma zamiaru prędko nadejść. W razie czego, kogo zawiadomić już wiecie.