Andżelika. Grypa.

;-)

 

 

 

 

 

 

 

 

 83722e59cc55f33589a42bcd428089ac.jpg

Obudził ich różowy, wrzeszczący budzik. Za oknem szary widok - deszcz i wiatr. Emiliar wciąż zasmarkany.
- I jak się czujesz? - spytała.
- Bez zmian.
To już trzeci dzień, gdy Emiliara rozłożyła grypa.
Szła do łazienki, kapciem torując sobie drogę poprzez zużyte chusteczki chorego.
- Grypa grypą, ale mógłbyś nie rzucać na wykładzinę tych swoich chusteczek. Szpital w domu!
Emiliar w tym czasie, zawinięty w kołdrę jak naleśnik, przeszedł do salonu i uwalił się na kanapę.
- Andżelikaaaaaa! - nosowym głosem wołał, ile sił.
- Co?
- Chusteczki!!! Zapomniałem!!! A kichał będę.
- Chwila! - wrzasnęła z łazienki.
- Andżelikaaaaa!
- No idę już. - Chwyciła kartonik z chusteczkami i pobiegła do salonu. - Proszę.
- Dzięki - powiedział.
Wróciła do łazienki, gdzie zamierzała w spokoju skończyć swoją poranną toaletę.
- Andżelikaaaaa!
- Co? Pięć minut. Daj mi pięć minut!
- Muszę siusiu - wołał jak konający w szpitalu.
- No to chodź tu!
- Zaplątała mi się stopa w kołdrę. Nie mogę.
Poszła do niego i trzema nerwowymi ruchami wyplątała mu stopę z kołdry.
Jeszcze na moje nieszczęście mam dziś wolne, za jakie grzechy... - myślała sobie.
- Możesz mi zrobić w tym czasie herbatkę. I dwa tosty. I sok z pomarańczek. I do tego...
- Idź się wysiusiaj lepiej - przerwała mu.
- No tak - przytaknął.
Pięć minut później leżał znów zawinięty w kołdrę. Na stole czekała już herbata. Tosty się piekły, a soku i tak by nie było, z braku pomarańczy.
- Andżelikaaaa! - krzyknął.
- Nie krzycz, jestem przecież tu i słyszę.
- Za gorąca ta herbatka, dolejesz mi zimnej wody?
Wzięła kubek z napisem Real man cup, odlała do zlewu połowę, a z dzbanka dolała do pełna zimnej wody. Odniosła i podała Emiliarowi do ręki.
- Andżelikooooo! Teraz jest za zimna! Chcesz mnie rozchorować jeszcze bardziej?!
- Jest letnia, na Boga. Przecież to nie mrożona herbata! - wycedziła przez zęby.
- Jest za zimna. Dasz mi leki? Boli mnie głowa. Chyba mam znowu gorączkę.
Dotknęła dłonią jego czoła.
- Masz zimną głowę, nie masz gorączki.
- Mam...
- Nie masz. Przyniosę ci termometr, zmierzysz.
Wygrzebując z najwyższej półki, z apteczki, termometr, usłyszała:
- Andżelikaaaaa!
- Chwila!
- Andżelikaaaa! - wołał zawzięcie.
Zeszła z taboretu. Stanęła nad nim.
- Co?
- Podasz mi pilota? - uśmiechnął się niepewnie.
Zacisnęła zęby i podała, choć żeby go dostać, musiałby jedynie lekko wyciągnąć rękę poza kołdrowy kokon.
- Co z tym sokiem? - zapytał, gdy znów wdrapywała się po termometr.
- Jakim znowu sokiem?
- Z pomarańczek, tak bym się napił witaminek - marudził.
- Nie mam pomarańczek! - mówiła poirytowana lekko.
- Kupisz prawda?
- Przecież sokowirówka jest zepsuta, mówiłam ci już wczoraj.
- To i sokowiróweczkę kupisz, co? - prosił jak dziecko.
- Wiesz, chyba pójdę, kupię. Wyjdę z domu i pójdę kupić. Trochę mnie nie będzie bo poszukam najlepszej.
Wiedziała, że musi wyjść, bo zwariuje.
Ubrała się czym prędzej i wyszła. W drzwiach jeszcze krzyknęła:
- Tylko nie wstawaj, choćby nie wiem co! Kuruj się!
Trzasnęła drzwiami.
Emiliar odczekał w bezruchu odliczając trzydzieści sześć stuknięć obcasów o schody i huk zamykanych drzwi od klatki schodowej.
- Poszła, he... - powiedział i uśmiechnął się szeroko.
Energicznie rozwinął się z kokona i w podskokach pobiegł do sypialni. Spojrzał na komputer, zatarł ręce i powiedział:
- He he, no to sobie w "ejdżyka" pogram!
Emiliar uwielbiał Age of Empires. Spędzałby nad tą grą cały swój wolny czas, gdyby nie Andżelika i jej teoria o spowalnianiu leczenia grypy przez promieniowanie z komputera.
Usiadł. Krzesło trzasnęło pod nim, a on rąbnął całym ciałem na ziemię, głowa natomiast rąbnęła w kaloryfer. Czuł, że odpływa.
***

Obudził się znów w kokonie. Tym razem kokon nie był z kołdry, lecz ze sznura. Obwiązany od stóp do głów. Nad nim Andżelika.
- Co to ma znaczyć? - spytał.
- Komputerka się zachciało? Znam cię nie od dziś, przewidziałam to. Nadpiłowałam nogi od krzesła.
- Ale ja tylko... - próbował się bronić.
- A mówiłam, że masz leżeć! Mówiłam! Nie słuchasz mnie - to leżysz związany i gapisz się w sufit, aż będziesz zdrowy! - krzyczała.
Wyszła do salonu. Emiliar nawet się nie wiercił, wiedział, że to i tak nic nie da. Mógł jedynie wołać.
- Andżelikoooo, Andżeliko, przyjdź proszę!
Przyszła.
Trzymała za plecami rękę.
- Co tam masz? Pomarańczkę? - spytał z nadzieją, ale i ze strachem.
- Otwórz szeroko usta - powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu.
I siłą wepchnęła mu prawie do gardła całe pomarańczę.
- Najlepszy lek. Knebelek. Wyleczy nas oboje.