Ananasy z naszej klasy

Z przyjacielem ,jak z parasolem,deszcz pada,a go nie ma

 

Przyjaźń SZKOLNA , pierwsza miłość nie rdzewieją, a gdy się pielęgnuje

-to chociaż skronie siwieją ,pachną wiosną z daleka,z jednym słowem przytomnym wracają wiarę wracają w człowieka ,adrenalina skrzydła orla przypina . Tak przy stole biesiadnym absolwentów „naszej klasy” było , nie pysznili się tytułami magistrów,doktorów,a romantycznymi chłopcami z tamtych lat i zalotnymi podfruwajkami ubarwiali chwile w karczmie wielkiego żarcia ,pod batutą Ani z zielonego wzgórza,a rodem z Warszawy , perliste uśmiechy rozlegały się wokół ,konspirowały tuszę i coś tam JESZCZE poniektórych .

Magia wspomnień zahipnotyzowała ,cofała niejako zegar życia, eliksir młodości sonatą pobrzmiewał ,”a pamiętasz jak się zgubiłaś na wycieczce, jak było ach i och na balu maturalnym?..Pytania z rękawa się sypały,a odpowiedzi i śmichy perliste rozpogadzały twarze nawet zgnuśniałych barmanów i ziewającego portiera.

Byłem  towarzyszącą Ani personą, w jej blasku świeciłem jak mały robaczek świętojański, urozmaicone jadło i picie zniewalały nie tylko mnie,  sałatki twoje-w porównaniu z  nim- -raj w gębie kadziłem    ,a potem

o balu z 1952 roku swoim smutno jakoś pomyślałem, na dnie szuflady maturka leży śród pożółkłych dokumentów ,a stokrotki i ananasy z mojej klasy,z tego balu,ze szkoły im Jagiellończyka, co kreśliły ósemki nad kanałem elbląskim ,bawiły się w konspirację gdzie,czas zatarł ich twarze i imiona. Biała spódniczka mojej muzy niby żagiel zamajaczyła,lecz bzem nie zapachniała jak wtedy,gdy miąłem naście lat ,oczy jak niebo lazurowe jej na tym żaglu mignęły, Halino ,gdzie jesteś, za ściągę z matmy podziękować chcę i powiedzieć ,że równań z wielu niewiadomymi rozwiązać nadal nie potrafię i gdyby nie Ania i gdyby nie Ania....-pod iksy ,gryki podstawiłbym liczby zwodnicze -dwa razy żeniłem się , korepetycje guwernantek i tych co dziewictwo poświęcały na zbawienia mojej duszy tez nie nauczyły, bóg ponoć ciebie łajdaku umiłował-powiedział znany bawidamek i posłał mądrą kobietę,rozwaliła twój harem,i za to mu dzięki -ripostowałem

Z Anią od lat zgłębiam filozofię bycia we dwoję , wspólny punkt łączy nas ,jak polówki w ósemce,a reszta niezależna ,indywidualna własność.

Między kobietą i facetem i w raju ni e było spójności , gra toczyła się o zakazany owoc,do dziś ona trwa, a miłość - motylek, przemija, obojętność,marazm zabija nawet to co było w niej najpiękniejsze. Bezcelowe i bez kontroli zrywy, przekonanie oparta na wierze,to budowanie domków z kart mamy poza sobą,budujemy wspólny język i system bycia razem i osobno,odbieranie sygnałów na tych samych falach, uważamy za sukces, na luzie, i bez obawy zanurzamy się w nierówności z e świadomością,ze ich bezwzględnych liczb do potęgi entej i wszystkich niewiadomych nie rozwiążemy, a sercem nie złamiemy rozumu,staje się z wiekiem silniejszy, a serce odwrotnie

Przeżyliśmy wielkie zmiany,wzloty i upadki i wiemy ,ze nie będzie jak chcemy, świat się kręci kanalią.

Nadejdzie taka chwila,nad którą nie zapanuje człowiek, naciśnie guzik nukleiny i bum. Znam to uczucie do bólu-nie zdążyłem nawet kiedyś powiedzieć do widzenia,a znalazłem się w złowrogim świecie, a powrót z stamtąd nie wszystkim się udaje!

I dla tego na widok Ani śpiewam hosanna ,z odległości rozpoznaje je kroki i głos-

I wołam „młodości podaj mi skrzydła ,

A tamta Halina i cała ferajna - zero kontaktu,nie ma ,nie ma, mogę tylko zaśpiewać,.”gdzie ci chlupcy z tamtych lat” 'Wasza klasa -ucztuje niby na obiadach czwartkowych u króla Stasia. puchary i wińska  wytworne przednich marek na stole, ale  kandydatów   do żłobka nie było

Z ROŻNYCH STRON przyjechali,bez polityki i narzekań, biesiadowali,Każdemu apetyt dopisywał, jak przystało na katolików,nie było łakomstwa , obżarstwa, po bożemu konsumowano, naleśniki,za naszym przykładem robiły furorę, Piotrkowi uszy się ruszały jak pałaszował ze swoją  dziewczynką, wiadomo marynarz, ma szczęście do ładnych nie tylko w portowych tawernach, nie od macochy chłopcy pozostali też byli,Heńki ,Mareczki i ich urocze połowice i soliści tez szczękami ruszali zgodnie z demokratycznym savoir-vivre, nie było tez rewii mody, indywidualny szyk i wdzięki rysował się mozaiką barw,panie jak kozice,panowie orły sokoły. Robiłem też dobrą minę prężąc muskuły,wypinając pierś ,zadzierałem głowę niby biskup u stóp wiecznie cnotliwej dziewicy jasnogórskiej. Startowałem pierwszy    raz śród tych szczęśliwców i trema trzymała za uzdę niewyparzony język

Dama z Kanady tylko wyniosłej łabędzią szyją wznosiła ponad talerz, jakby klonu szukała , ale Anus wodzirej i tak wdziękiem i uśmiechem nad nią górowała

, ubiorem zachwycała. Wanda,patriotka też na medal- nie rzuciła się ,jak jej poprzedniczka do Wisły ,ale z Londynu- przyleciała,Kocham Polskę -mówiła,a jej kumpelka,co od trzydziestu lata na wyspie wilgotnej ,t kocha podobnie, wyjechało wiele tam wtedy po studiach za lepszym chlebem i nadal wyjeżdża ,ojczyzna od wieków maluczkich ,w cieniu krzyża i obłudy trzyma- myślałem. I gdybym miał młode skrzydła-tez frunąłbym z Anią jak najdalej od bełkotu „styropianowych patriotów”, ciarki jednak przeleciały po plecach,kiedy przypomniałem ,ze ma słabość do cudzoziemców . Z kobietami,pogodą nigdy nie wiadomo,lepiej nad Wisłą, ścieżką polaną z nią wędrować , na oku mieć,. kokosiłem się tańcząc jakby nigdy nic, tryskała werwą ,a Wanda uśmiechy rozdawała na lewo i prawo ,kwiatem lotosu Piotrka dama wirowała na parkiecie, ale wniebowzięty byłem tylko z Anią,,drugiej takiej w stolicy nie znajdziecie,a kto myśli inaczej nos mu rozkwaszę...!.

Kiedy znowu zakwitną jabłonie,zapachną CZEREMCHY,a skowronek piosnkę nad miedzą zadzwoni-pytała koleżanka Ani ?Miała na myśli imprezę pod jej batutą,taką jak ta w karczmie wielkiego żarcia

Na skrzydłach wspomnień młodość przyleciała i zapachniały niezapominajki -dodałem, , słyszałem kosy świstanie., czułem zapach stogu siana. Serca mocniej zabiło kiedy podwalem płaszcz Ani, biesiadników fluidy jak strzały amora w oklaskach do niej leciały..

,a oczy ich w nią utkwione pytały”za rok się znów się zobaczymy?” Puki taka się dzieje , przyjaźnie , jak forsa na lokacie -procentują, życiodajne są- Bez przyjaźni traci się jakby wszystko, człowiek ,który nie potrafi być nawet dla siebie przyjacielem żyje krócej I gdyby więcej takich imprez,a nie balów,rautów na koszt podatnika i mniej maryjnych lamentów było pod ochroną władzy ,z rodzinnych gniazd nie uciekałyby orły sokoły ,a kreśliłyby ósemki nad Wisłą!Ale puki co trudno nad nią żyć,z przyjacielem tam jak z parasolem,gdy deszcz pada to go nie ma, ta świadomość jeszcze bardziej cementuje naszą klasę mówiły oczy żegnających Anię. A małżeństwo to tez przyjaźń rzekła jej koleżanka,o nie-ripostowałem to -kara boża za grzechy popełnione w młodości,a wieloletnie- kazirodztwo,z urzędu powinno być rozwiązane,świeci jak księżyc,lecz nie grzeje, pod pierzyną,odwrócone chłodne pupy-to szczęście ? Facet który zbudował dom,posadził drzewko,spłodził potomka- powinien żyć dla siebie , bez wolności nie ma radości ,ptaki w klatkach nie śpiewają,a prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Ania uśmiechnęła się i powiedziała najlepsze są dwa brzuszki łączone jednym,ale dobrym punkcikiem .