Jestem baronem. Nie chcę dłużej żyć w średniowieczu

Dr Andrzej Dybczyński, doktor UWr

 

Mam 38 lat. Jestem baronem. Od ponad dwóch lat jestem senatorem Uniwersytetu Wrocławskiego. Od sześciu lat jestem zastępcą dyrektora Instytutu Politologii. Moim księciem jest profesor Ryszard Herbut, dyrektor tego Instytutu. Moim królem był profesor Andrzej Czajowski, teraz jest nim profesor Jerzy Juchnowski. Dziekani Wydziału Nauk Społecznych. Moim cesarzem był profesor Leszek Pacholski. Teraz jest nim profesor Marek Bojarski. Rektorzy Uniwersytetu Wrocławskiego

 

Do napisania tego tekstu skłoniły mnie ponad dwa lata obecności w Senacie Uniwersytetu Wrocławskiego i udział w wielu wydarzeniach z życia uczelni - zarówno tych oficjalnych, jak i niektórych spośród tych, które toczą się pod powierzchnią oficjalnego uczelnianego życia. Do napisania tego tekstu skłoniły mnie rozmowy z kolegami z Instytutu i uczelni. Lecz przede wszystkim do napisania tego tekstu skłoniły mnie względy bardzo osobiste. Mam coraz większe trudności z odróżnieniem tego, co dla mojej uczelni jest dobre, a co jest złe. Coraz trudniej mi oceniać, czy zło, na które przymykam oczy i które sam aktywnie czynię, warte jest dobra, które dzięki temu się rodzi. Mam rodzinę, mam kilku przyjaciół i mam dziesiątki studentów. Bardzo chciałbym pozostać wobec nich uczciwy. Coraz trudniej mi milczeć, bo nie mogę sobie poradzić ze świadomością tego, jak umiera we mnie miłość do mojej uczelni.

Godność, którą wam nadamy, zachowacie czystą i nieskalaną

W ciągu ostatnich kilku dni (piszę ten tekst 23 stycznia) rozgorzała dyskusja na temat portretu byłego Rektora. Kolejny problem o trzeciorzędnym znaczeniu, którym żyje uczelnia. Były Rektor opowiada o pracy nad portretem. Specjaliści od wszystkiego, fizycy, filozofowie i politolodzy prześcigają się w mediach, oceniając artystyczną wartość portretu, społeczne skutki jego powstania, alegoryczną wymowę dzieła. Co charakterystyczne dla naszego środowiska, wszystkie opinie krytyczne (przynajmniej te, które miałem okazję przeczytać do dnia dzisiejszego) wyrażane są anonimowo. Cóż, cywilna odwaga oraz swoboda wypowiedzi mają swoje granice, zwłaszcza na Uniwersytecie. U nas tą granicą jest możliwość urażenia jednego z prominentnych uniwersyteckich profesorów. Rzecz jasna, z inną sytuacją mamy do czynienia w wypowiedziach anonimowych. Tutaj można już swobodnie, nierzadko wulgarnie i po chamsku, dawać wyraz nie tylko swojemu stosunkowi do portretu, ale - przede wszystkim - do portretowanego.

Portret Rektora. Główny problem jednej z największych uczelni Polski.

Wstydzę się za swoją uczelnię. Wstydzę się za siebie. Wstydzę się za to, czym zajmują się ludzie korzystający z przywileju życia na koszt podatników. Wstydzę się opowiadać Tomkowi, jak wygląda szara codzienność mojej uczelni, czym ona żyje, jaka jest jej przyszłość. Nie wiem, co odpowiadać Robertowi, gdy pyta mnie, czy warto, by wysłał swojego jedynego syna na Uniwersytet. Nie potrafię wytłumaczyć Justynie, dlaczego kwestia jakiegoś portretu jest tak ważna.

Czy kondycja Uniwersytetu Wrocławskiego nie woła o najpoważniejszą debatę w historii naszej uczelni? Czy ten ginący Uniwersytet umrze tak, jak dwieście lat temu umarł ten kraj? Ku uldze całego świata?

Funkcjonujemy pod kloszem, utrzymywanym przez rodziców naszych studentów. Marnotrawimy pieniądze liczone w dziesiątkach milionów złotych i użalamy się nad sobą, żyjąc zastępczymi tematami i w głębi duszy nie wierząc już chyba w żadną z wartości, które lata temu, gdy opuszczaliśmy licea, kojarzyły nam się ze słowem "Uniwersytet". Na uczelnianych bankietach przepychamy się do stołów jak wygłodniała paryska tłuszcza. Z fałszywym uśmiechem mijamy na Hali Targowej lekceważących swoje obowiązki pracowników administracji. Za cóż ich winić, skoro sami lekceważymy zajęcia, a studenci śmieją się z naszych pożółkłych kartek z dwudziestoletnimi konspektami wykładów? Dla wygody bądź z politycznej kalkulacji przymykamy oczy na nieprawidłowości przy wyborach do samorządu studenckiego, demoralizując dzieciaki, których rodzice naiwnie wierzą, że trafiły one pod skrzydła elity tego kraju. Rozpisujemy grafik, by zmusić się do chodzenia na oficjalne akademickie uroczystości, bo przecież czas nam pochłania załatwianie naszych małych interesików. A to trzeba popchnąć sprawę przyjęcia do pracy córki kuzynki sąsiadki z parteru, a to syn brata sekretarki troszkę boi się przed egzaminem, trzeba chłopcu pomóc, bo zdolny, choć trochę nieśmiały. Nie, nie jestem bez winy. Prosiłem i spełniałem takie prośby. Uśmiechałem się i udawałem, że wszystko jest w porządku. Słyszałem i przekazywałem. Gdy tego potrzebowałem bądź gdy było to dla mnie wygodne. Częściej niż inni. Podlej niż inni. Zresztą dalej tak robię. Moi koledzy też. Nie tylko z mojego Instytutu, i nie tylko z mojego Wydziału. Z naszego Uniwersytetu. Ci spośród nas, którzy to widzą i których to boli, wolą milczeć. Wiedzą, że i tak nic nie zmienią, a jedynie sobie zaszkodzą. Ciągle jeszcze wierzę, że takich jak ja, zdemoralizowanych, zimno kalkulujących i wyrachowanych, jest mniej. Że to ci lepsi stanowią większość. Prawdziwą dumę tej uczelni. Tyle że większość milczącą.

Proszę się nie niepokoić. Jeśli te słowa wywołają jakąkolwiek reakcję świata zewnętrznego, to bardzo skuteczną formą samoobrony środowiska będzie twierdzenie, że pisze człowiek w wyjątkowy sposób uwikłany w nieprawidłowości, przedstawiający rzeczywiście istniejące zło, ale wypaczający proporcje, nieznający obrazu całej uczelni. Może też manipulowany. A najlepiej - wariat. To świetna strategia, proszę mi wierzyć - jestem politologiem. Choć osobiście doradzałbym milczenie - wówczas tekst zostanie zapomniany nie po dwóch tygodniach, lecz po dwóch dniach.

Nie dla marnego zysku ani pustej sławy

Kiedy rektor Pacholski próbował, z polityczną ślepotą godną informatyka i menedżerską nieudolnością godną profesora zmienić elementy tego do gruntu chorego systemu, to politologowi aż przyjemnie - z czysto zawodowej i absolutnie nieosobistej perspektywy - było patrzeć, jak ten rektor kończy. Kończył oskarżany nie o to, że jego pomysły były po prostu złe, że lansowany - podobno - przez niego "anglosaski model szkolnictwa wyższego" zakończył się totalną klapą, czego najlepszym przykładem jest dramatyczna sytuacja tego szkolnictwa w Wielkiej Brytanii, że najlepsze uczelnie świata wcale nie funkcjonują w sposób, który usiłuje się nam wmówić, zaś przede wszystkim funkcjonują w innym niż nasze środowisku zewnętrznym. Rektor Pacholski kończył oskarżany o coś zupełnie innego. O zamach na naszą złotą wolność. Na nasze wartości, na nasze prawa, na nasze tradycje. Kończył tak samo, jak ci naiwni, nieudolni, kochający ten kraj królowie kończyli kilkaset lat temu. Bo my nie chcemy zmian. Nasz system jest doskonały. Mamy świetnie funkcjonujące mechanizmy samooczyszczania środowiska. Wszystkie brudy skutecznie pierzemy wewnątrz, na zewnątrz chroniąc dobre imię uczelni. Nasze problemy to jakiś portret lub nazwa jakiejś sali. Debaty, które rozpalają nasze emocje, dotyczą kształtu orła w uniwersyteckim godle, malowania wizerunków profesorów na uniwersyteckim ogrodzeniu czy różnicy między słowem parametr i kryterium przy tworzeniu systemu oceny pracowników. Nasze problemy to zdobycie i utrzymanie stołka, jak nie tego, to innego, byle jakiś był. Byle zaspokoić swoje ambicje, swoje kompleksy, swoją potrzebę władzy. Władzy najbardziej odrażającej, władzy dzierżonej nie po to, by kształtować rzeczywistość, by realizować jakąś, jakąkolwiek, wizję. Władzy dla samej władzy. Dla wyblakłego splendoru. Dla nędznego aneksu do jeszcze nędzniejszego wynagrodzenia. Dla przymilnych uśmiechów fałszywego otoczenia. Władzy niepopartej żadnymi administracyjnymi zdolnościami czy przygotowaniem. Przecież, jak usłyszał jeden z naiwnych idiotów, chcący coś zmienić - "musi Pan się nauczyć, Panie Dziekanie, że Dziekani się zmieniają, a to administracja rządzi Uniwersytetem".

Zresztą, o miałkości naszego środowiska świadczy i to, że na Uniwersytecie wystarczy "chcieć zmiany", by chodzić w aureoli reformatora i wybitnego menedżera nauki. Jak powiedział jeden z moich kolegów, trochę wariat i wulgarny, ale dość zabawny: "Pacholski to maksimum, jakie akademicki półświatek jest w stanie wydać". Bo u nas sama "chęć zmiany" jest już tak godna pochwały, tak renesansowa i tak odkrywcza, że sensowność pomysłów bądź szanse na ich realizację nie podlegają już dyskusji. Jeśli kiedyś jeszcze jakiemuś Rektorowi (łącznie z obecnym) strzeli do głowy kretyński pomysł zmieniania Uniwersytetu, to powinien sobie wbić berłem do rektorskiej głowy to, co w zamierzchłych czasach, gdy studenci czytali jeszcze książki, wiedział każdy student politologii: podstawowym warunkiem realizacji jakiejkolwiek koncepcji politycznej jest posiadanie władzy. Rektor Pacholski nawet tej jednej lekcji nie odrobił.

Inny z moich znajomych określił system funkcjonowania naszego Uniwersytetu jako mieszankę feudalizmu, kapitalizmu i socjalizmu. Mieszankę najgorszych cech każdego z tych systemów. Uczelnia utrwala feudalną zależność młodszych pracowników naukowych od pracowników samodzielnych, nie oferuje jednak opieki seniora nad wasalem. Oczekuje się kapitalistycznej wydajności przy zachowaniu socjalistycznych wynagrodzeń. Konserwuje się socjalistyczne wzorce biurokratyczne, jednocześnie likwidując socjalistyczne przywileje socjalne (z trwałością zatrudnienia na czele). Przy wszystkich uproszczeniach towarzyszących temu porównaniu, trudno nie dostrzec jego błyskotliwej trafności. Niestety, autor metafory nie życzy sobie podania swojego nazwiska. Jest jeszcze przed habilitacją.

By tym bardziej krzewiła się prawda i jaśniej błyszczało jej światło

Kto za ten stan rzeczy odpowiada? System. Obiektywne trudności. Specyfika środowiska. Nigdy nie konkretna osoba. Nigdy nikt z listy członków Senatu Uniwersytetu Wrocławskiego. Nigdy żaden ze sportretowanych w sali tego Senatu rektorów. Kilka lat temu jeden z owych średniowiecznych "seniorów", broniąc niekorzystnej dla "wasali" decyzji, powiedział: "Musi Pan zrozumieć, Panie Kolego, że Uniwersytet jest własnością wspólnoty profesorów". Szkoda, że jeszcze nigdy żaden z tych "właścicieli" nie wziął osobistej odpowiedzialności za stan "swojego" majątku. Szkoda, że jeszcze nigdy żaden z nich nie zmusił środowiska do rzeczywistej debaty nad jego problemami.

Wypracowaliśmy sobie doskonałe metody przetrwania i adaptacji. Dwadzieścia lat temu, trafiając na uczelnię, musiałem zaliczyć "kurs bhp i ppoż.". Ten obowiązek chyba ciągle jeszcze istnieje. Musi to być przecież świetne uzasadnienie dla utrzymywania kilku etatów, kosztujących podatnika nie więcej niż kilkaset tysięcy złotych rocznie. Może by zamiast tych zajęć i tak odbębnianych byle jak, serwować naszym nowym studentom "Barwy ochronne" Zanussiego? Film ten z pewnością nauczy każdego znacznie więcej o bezpieczeństwie studiowania i pracy na Uniwersytecie niż najlepsze nawet szkolenie bhp. Zresztą powinniśmy stworzyć stały mechanizm reedukacji nieprzystosowanych, którzy oglądaliby ten film do skutku. Ja mogę bezpłatnie komentować, wyjaśniać i rozwijać. Również dla odwiedzających nas studentów z krajów cywilizowanych.

Dzisiaj emocje budzi sprawa portretu byłego rektora. Pewnie jego przeciwnicy będą starali się wykorzystać portret po to, by go dyskredytować. Zwolennicy zachowają się bardzo podobnie. Jakże wygodne dla nas wszystkich jest zajmowanie się tą sprawą. Jak mało jest ona ważna, jak nic nikomu przy roztrząsaniu polityczno-estetycznych aspektów "wydarzenia" nie grozi. Byle tylko nie naruszyć głębokiego, świętego spokoju nas wszystkich. Byle tylko nie zacząć mówić o rzeczywistych problemach i przyszłości tej uczelni. Byle nie psuć atmosfery. Bo skoro do pracy przychodzimy tak często w celach tylko towarzyskich, zepsucie atmosfery jest tu najcięższym grzechem.

Może zamiast rozmawiać o portrecie Pana rektora Pacholskiego, porozmawiamy o czymś innym? Czymś trochę ważniejszym niż najbardziej nawet kontrowersyjne malowidło?

Panie profesorze Pacholski, jako członek Senatu Uniwersytetu Wrocławskiego pytam, dlaczego kierowana przez Pana profesora senacka komisja finansów spotkała się w ciągu prawie dwóch i pół roku istnienia zaledwie - jeśli mnie pamięć nie myli - trzy, cztery razy? Czy nie mamy nad czym pracować? Czy pieniędzy jest tak dużo, a problemów tak mało, że nie mamy komu i w czym doradzać, nad czym debatować? Dlaczego ta jedna z najważniejszych komisji senackich, ciało zajmujące się finansami jednej z największych instytucji tego miasta, jednego z największych polskich Uniwersytetów, nie pracuje? Nie ma żadnego planu pracy, żadnego harmonogramu spotkań, żadnych celów? Dlaczego Pan, jako przewodniczący tej komisji i człowiek publicznie wzywający do naprawy polskiego szkolnictwa wyższego, nic w tej sprawie nie robi? Czy dla naszej uczelni nie byłoby to ważniejsze niż kolejny udzielony wywiad czy alegoryczność Pańskiego portretu? Choć z drugiej strony myślę sobie, może fakt, iż nasza komisja nic nie robi, jest najlepszym dowodem troski Pana profesora o finanse uczelni?

Panowie rektorzy, Panie rektorze Pacholski, Panie rektorze Bojarski! Panie i Panowie senatorowie kadencji Senatu w latach 2005-2008 i 2008-2012! W 2005 roku została uchwalona ustawa o szkolnictwie wyższym. Zgodnie z artykułem 132 ust. 2 tejże ustawy uczelnie miały obowiązek opracować i przyjąć kryteria oceny pracowników. Zgodnie z naszym Statutem organami odpowiedzialnym za opracowanie tych kryteriów są Rektor i Senat. Dlaczego przez ponad pięć lat Pan rektor Pacholski i Pan rektor Bojarski oraz Senaty obu kadencji nie wypracowali żadnego systemu oceniania pracowników? Dlaczego przez ponad pięć lat nikt nawet nie zajmował się tym problemem, ignorując zapisy Ustawy, ignorując Statut i ignorując jeden z najbardziej istotnych dla nauczycieli akademickich problemów? Kto ponosi za to odpowiedzialność?

Kto ponosi polityczną odpowiedzialność za milczące przyzwalanie Pani minister Barbarze Kudryckiej na forsowanie absurdalnej koncepcji reformy szkolnictwa wyższego? Koncepcji, która, co oczywiste dla każdego rozsądnego obserwatora mającego jakieś pojęcie o funkcjonowaniu szkolnictwa wyższego w innych krajach, nie rozwiąże problemów polskiej nauki, a jedynie pogłębi stan zapaści? Kto, jak nie wy, Panie i Panowie senatorowie, członkowie Rad Wydziałów, rektorzy i dziekani, powinien organizować debatę wokół tych problemów? Uniwersytet Wrocławski, jednostka naukowa zatrudniająca setki prawników, politologów, historyków, specjalistów od zarządzania, finansów publicznych, socjologii i psychologii społecznej, negocjacji, lobbingu i public relations jest w stanie tylko biernie przyglądać się temu, co się dzieje? Nawet bez próby wewnętrznej dyskusji? A Senat uczelni przestawia szafę, bo nie widać zza niej jednego z senatorów.

Kiedyś powiedziałem, że gdyby obrady naszych ciał kolegialnych były transmitowane w telewizji, to Sejm zredukowałby nakłady na naukę do zera przy powszechnym poparciu społeczeństwa. Siedzący obok kolega odparł, że nie byłoby to problemem. Żylibyśmy z reklam.

Nazywam się Andrzej Dybczyński. Mam 38 lat. Jestem baronem.

Nie chcę dłużej żyć w średniowieczu.

** Śródtytuły to wybrane i przetłumaczone z łaciny przez autora fragmenty ślubowania składanego przez nowo mianowanego doktora.

Dr Andrzej Dybczyński, 2011-01-28

 źródło: https://web.archive.org/web/20110211115716/http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,9022221,Jestem_baronem__Nie_chce_dluzej_zyc_w_sredniowieczu.html