3 lata po.. Zdrada? Wybaczyć? Nie warto...

Wracam "tu" po przeszło 3 latach... W sumie zamieściłam tylko jeden artykuł...nie miałam odwagi zamieścić ich więcej. Znajdowałam się wtedy w najgorszym momencie mojego życia... Po 3 latach bycia z kimś zostałam zdradzona, okłamana...nie słuchając nikogo, łudząc się, że on mnie naprawdę kocha i że to ja sama, własnym zachowaniem zmusiłam go do tego aby przez pół roku kochał się z inną...wybaczyłam. I tak jak z ogromną przekorą przeczyłam każdemu usłyszanemu frazesowi "zdradzi raz, zdradzi drugi", "zdrady się nie wybacza" tak samo teraz mówię, zdrady nie da się wybaczyć. Po mojej szczerej, aczkolwiek ze względu na mój charakter-trudny i pamiętliwy-nieco na wyrost wybaczonej zdradzie moje życie zaczęło zmieniać się w piekło.

 

Po 3 latach ciągłego poniżania przez niego, przez samą siebie...po przebłyskach dobroci i miłości, które (teraz widzę) sakralizowałam, zdecydowałam się odejść. I nie dlatego, że mnie kolejny raz zdradził...nie, nie zrobił tego. Ale okazało się, że to nie jest największy cios dla związku...obojętność na płacz, gdy leży się w kącie łazienki, poniżanie psychiczne i fizyczne, ograniczanie wolności... to jest znacznie gorsze... 3 lata temu, biedna, niedoświadczona dziewuszka, myślałam, że bycie zdradzonym to najcięższy balast jaki będę musiała nieść...myliłam się tak bardzo...nocami błagałam, żeby mój kolejny siniak ( i o dziwo ! nie chodzi o ból fizyczny) bolał tak samo, jak wtedy gdy zimna woda otulała moje ciało i zabrakło mi odwagi, żeby wykonać ostatnie cięcie... Błagałam, prosiłam Boga, żeby dał mi siłę, żebym przetrwała...nikomu o tym wszystkim nie pisnęłam ani słówka, uważałam, że jeśli godzę się na takie traktowanie to nie mam prawa na to narzekać...

 

Pół roku temu spotkałam kompletnie obcą sobie osobę, wkurzającą mnie sposobem bycia, ale  podając mu rękę przy pierwszym spotkaniu w pracy czułam, że namiesza w moim życiu...I tak było, namieszał...Czasem tak jest, że ktoś zupełnie obcy potrafi Cię zrozumieć, potrafi dać kopa i pozwala przejrzeć na oczy...Moim kopem było pytanie: "dlaczego się nie szanujesz?". Gdy je usłyszałam od człowieka, którego znałam tydzień osłupiałam...złość mieszała się z bólem..."Jak to, ja? Ja się nie szanuje?" Ja, która wymagam szacunku dla siebie od innych??...Po klasycznym fochu, mając już co nieco poukładane w głowie, stwierdziłam (oczywiście nie na głos), że naprawdę się nie szanuje skoro jestem z osobą, która nie miała skrupułów i mnie zdradziła, biła, poniżała...( oczywiście standardowo na drugi dzień "po" serwowała kwiaty, kolacje, prezenciki...iście filmowy scenariusz.)..Gdy pogodziłam się już z tym, że jednak nie szanuje się, szukałam odpowiedzi na pytanie dlaczego? I tu odpowiedź znacznie przerosła mnie psychicznie...okazało się, że już od dawna, długo, długo przed zdradą nie miałam szacunku do siebie...

 

Gdy już zjadłam przysłowiową łyżkę dziegciu, postanowiłam zmienić swoje życie i odeszłam od tego który przez 6 lat był moim uzależnieniem, a który (jak się później dowiedziałam) za kilka tygodni planował oświadczyny...gdy to usłyszałam odetchnęłam z ulgą, że nie weszłam w to bagno po samą szyję...Ale nie zrobiłam tego sama...ta osoba, która mnie doprowadzała do furii, którą mijałam na korytarzu w pracy szerokim łukiem, która mnie przedrzeźniała i o zgrozo! słuchała hip-hopu dzień w dzień co powodowało u mnie ataki niewypowiedzianej złości i  miotania błyskawicami przy każdym spojrzeniu, stała się moim ratunkiem, który wyciągnął mnie z dna... Z grzecznej, ułożonej pani magister stałam się na powrót szaloną nastolatką, nie wracającą na noc do domu ( na co naraziłam się rodzicom), spacerującą nocami miastem, tańczącą do utraty tchu na dyskotekach...tak bardzo mi tego było trzeba... tej odskoczni...Okazało się, że wróg nr 1 stał się dla mnie naprawdę ważny...i od wspólnych rozmów, spacerów, wymykania się z domu zaczęła się przygoda, która trwa do dziś. Nie wiedziałam jak wspaniale jest słyszeć, że jest się kochanym i widzieć to...Teraz to wiem...

 

 

 

 

Nie wybaczajcie zdrady...jest tyle wspaniałych mężczyzn na świecie, że szkoda czasu na tych, którzy niszczą życie, poczucie własnej wartości...