Dragon Ball Fan Fick

by yui-chan

 

 

Rozdział III

 

Kartka papieru zawirowała w powietrzu. Uniosła się, zrobiła obrót wokół własnej osi, potem salto, potem zaczęła opadać tak jakby ustaligrający nią wiatr, po czym znów wzbiła w górę i zaczęła się składać.

To był popis najprawdziwszego origami. Powstawały rogi i kąty, zgryzienia i uwypuklenia, które płaskiej przedtem powierzchni nadały kształt najprawdziwszego smoka.

Smok wzleciał w górę, wykonał kilka pętli, po czym usiadł na dłoni mężczyzny.

- Brawo! –mistrz był zadowolony. Papier to bardzo delikatny materiał. Trzeba bardzo uważać, by nie przedobrzyć i go nie uszkodzić. Najmniejszy błąd, użycie siły minimalnie większej niż do tego niezbędne, spowodowałoby rozdarcie. Za to zbyt mało energii nie pozwoliłoby stworzyć nic, co przypominało arcydzieło sztuki składania papieru. –Doskonale opanowałeś kontrolę swojej ki.

- Co będzie kolejnym etapem? – zapytał Gohan, który szczerze polubił dotychczasowe treningi pod okiem Nowego Wszechmogącego. Nie przypominały one niczego, co znał do tej pory. Nie polegały na mozolnym i upartym hartowaniu ciała,  ani na bezwzględnej walce z kimś, komu zupełnie nie chciał zrobić krzywdy. Były bardziej jak zagadki logiczno-zręcznościowe... o ile posługiwanie się ki można było przyrównać do wykorzystywania rąk.

Popo uśmiechnął się.

- Opanowałeś już wszystkie teoretyczne podstawy, niezbędne by toczyć walkę. –krzątał się po kuchni przygotowując posiłek dla ich dwóch. Całe jedzenie nasycone było dziwną przyprawą, która powodowała ucieczkę ki z organizmu... jednak po tygodniach nadania wspólnych posiłków Gohan perfekcyjne władałtechniką szczelnego utrzymywania ki w swoim ciele. Uwalniał jej tylko tyle, ile potrzeba i tylko tak długo, jak trzeba. Dzięki temu nie demolował już uniwersyteckich korytarzy, kiedy coś doprowadziło go do gniewu, a to była tylko jedna z wielu zalet... Nawet Videl skorzystała na jego nowych umiejętnościach samokontroli... Zawstydził się i skierował myśli na inne tory.

- Chcesz powiedzieć, że teraz pora zmierzyć się w pojedynku.

Stawiający dwa talerze z jedzeniem na kuchennym stole Popo roześmiał się.

- Nie będę z tobą walczyć. – powiedział przyjaźnie. – Ale mam dla ciebie odpowiedniego przeciwnika. – stwierdził tajemniczo. – Jeżeli zdołasz go pokonać używając zdobytych umiejętności i stosując się do ograniczeń w uwalnianiu swojej mocy, będziesz gotowy do prawdziwej walki.

- Kim on jest? – zapytał pół-saiyanin.

- Zobaczysz. – bóg uśmiechnął się szeroko. – A teraz jedzmy.

***

Odkąd jej młodszy syn odleciał w kosmos, Chi-Chi nie przesłała spokojnie ani jednej nocy. Czekać mogło na nich tyle niebezpieczeństw... pocieszał ją fakt, że ten chłopiec, Uub,  potrafi przenosić się w przestrzeni tak jak Goku – w razie kłopotów mógł zabrać Gotena w mgnieniu oka z powrotem na Ziemię. Jednak nie mieli od nich żadnych wieści (owszem, Bulma uprzedzała, że nawiązanie kontaktu będzie niemożliwe), co dawało pole do popisu wyobraźni, która podsuwała coraz okropniejsze scenariusze. Dobrze, że chociaż Gohan został na Ziemi... martwiło ją tylko, że wziął urlop w pracy i tyle czasu spędzał w Pałacu Wszechmogącego. To mogło oznaczać, że zarzuci karierę naukowca! To byłoby gorsze niż wszyscy złoczyńcy razem wzięci!

- Babciu! Babciu! – oknem wleciała mała, czarnowłosa dziewczynka i od razu rzuciła się w ramiona kobiety.

Na jej widok Chi-Chi rozpromieniała.

- Hej kochanie. – przywitała wnuczkę z czułością. –Przyleciałaś tutaj sama? – dopytywała.

- Mama zaraz będzie. Nie lata tak szybko jak ja! – powiedziała z dumą dziewczynka.

- A co z Gohanem?

Pan posmutniała.

- Tata jest bardzo zajęty. – spuściła wzrok. –Obiecał mi, że potrenujemy razem, ale nie ma dla mnie czasu... Kiedy wróci dziadek? – dodała po chwili.

- Już niedługo skarbeńku–kobieta nie chciała złamać wnuczce serca. – A wtedy będzie się z tobą bawić całe dnie.

- Nie o to chodzi... – cicho odpowiedziała Pan. –Jak byłby dziadek, to on broniłbyświata, a tata by był z nami.

Chi-Chi nie wiedziała co powiedzieć.

Przytuliła tylko małą wojowniczkę i pogłaskała ją po głowie. Jej syn zaczynał popełniać te same błędy, co jego ojciec... Naprawdę nie mógł tej całej straży nad światem przekazać komuś innemu?

Ktoś zapukał do drzwi.

- To na pewno mama. – ucieszyła się dziewczynka. – Ona zawsze wchodzi drzwiami.– pobiegła otworzyć.

Chi-Chi, gdy patrzyła na wnuczkę, wiedziała doskonale, że jej starania, by w rodzinie było więcej wykształconych osób spełzły na niczym. Wszyscy mieli w sobie gorącą krew.

- Cześć mamo! – Videl cmoknęła ją w policzek. – Pan bardzo chciała ciebie odwiedzić.

- Jak tata?

- Starzeje się. – zaśmiała się młoda kobieta. – W tym roku nie startuje już w turnieju. Podobnie jak Buu.

- Dlatego tym razem ja wygram! –krzyknęła Pan i zacisnęła dłoń w pięść w geście determinacji. –Pan Buu był bardzo silny, nie tak jak dziadek Satan... Ale jest jeszcze pani C18...

- Ważne, żebyś dała z siebie wszystko! –powiedziała z uśmiechem Chi-Chi, która po zniknięciu męża obiecała sobie wspierać we wszystkim wnuczkę.

- Na pewno! – twarz małej dziewczynki rozpromieniała. – Chodźcie na dwór, pokaże wam coś! – Nie czekając na opowiedz wybiegła przed dom.

- Lepiej chodźmy nim wysadzi pół podwórka. – zażartowała babcia. Mała Pan była bardzo silna, ale jeszcze nie opanowała posługiwania się ki na tyle, by wykorzystać ją w walce.Goku w jej wieku nie mógłby z nią konkurować, jednak Chi-Chi pamiętała co wtedy potrafił wyczyniać Goten. Wątpiła, że wnuczka zdoła go przebić. Zahartowała się w życiu z saiyanami i mali wojownicy nie byli jak straszni.

- Lepiej tam zostańcie. – ostrzegła mamę i babkę Pan, gdy spostrzegła je w progu. – To będzie dla was bardzo niebezpieczne.–odwróciła się plecami, wyprostowała i zamknęła oczy by lepiej się skupić.

A potem przybrała pozę, którą Chi-Chi znała aż nadto dobrze.

- Kaaaaaameeeee... – zawołała kilkulatka.

- Ona naprawdę chce tego spróbować. – Chi-Chi była rozbawiona.

- Ciekawe czy się jej uda. – zastanawiała się Videl.

- Haaaaaameeeee... –kula światła pojawiła się między dłońmi dziewczynki i stale rosła.

- Czemu nie, Goku za pierwszym razem zniszczył koło samochodu. – wspomniała swojego męża.

- Wygląda dość imponująco. – przyznała żona Gohana, gdy powietrze wokół jak córki zaczęło wirować, tworząc podmuch który podrywał piasek spod stóp jej córki.

- Ha! – krzyknęła Pan ile sił w płucach.

Fala ki wystrzeliła z jej rąk, niszcząc zupełnie wszystko co miała na swej drodze. Tam, gdzie przed chwilą był gąszcz drzew, została teraz wydrążona w podłożu droga biegnąca wprost przez skały i wzniesienia, aż do leżącej kilkaset metrów dalej góry, która wyglądała teraz tak, jakby ekipa budowlaną zaczęła tam odwierty pod budowę kolei podziemnej.

Dziewczynka odwróciła się do babki i mamy, ułożyła palce w znak zwycięstwa i zapytała z uśmiechem:

- I jak? I jak?

- Ccc....cudownie skarbie. – odpowiedziały kobiety, które naraz zalał zimny pot.

- Robiłaś już to wcześniej? – zapytała babcia.

- Próbowałam w domu ale nie wyszło. – ze smutkiem odparła dziewczynka.

- Wwwww do...omu. –Videl była bliską omdlenia.

- Rozumiem. – mówiła Chi-Chi wolno i wyraźnie, tak, by słowa zapadły w pamięć wnuczce. – Ale nie rób już tego więcej nigdy, chyba że mama pozwoli. Dobrze?

- Dobrze babciu. – zgodziła się Pan, która zawsze trochę obawiała się swojej babki... Nie bez powodu bał jej się nawet dziadek.

- Hahaha – zaśmiała się Chi-Chi nerwowo. – Videl, choć na herbatkę. - Musimy chyba porozmawiać o wychowaniu małych wojowników.

- T... tak mamo. – Videl podążyła za nią blada jak ściana.

***

Dni na statku mijały wolno i jednostajnie... i pełne były krzyków w przerwach między wybuchami i skrzypieniem metalu. Bulma, początkowo bardzo entuzjastycznie nastawiona do pionierskiej międzygalaktycznej podróży, miała tego po dziurki w nosie.Przygotowała statek z myślą i treningach, to prawda, jednak nie podejrzewała, że jej towarzysze będą na tym spędzać cale dnie... tylko Dende zostawał jej do rozmowy.

To nie była romantyczna wyprawa tak jak przed wielu laty, kiedy poznała swojego męża. Podróżowali z zawrotną prędkością, nawet super-saiyanie nie było w stanie takiej rozwinąć, jednak podróż do innej galaktyki wymagała czasu. Szczęśliwie radar Nameczan wskazywał kierunek, więc nie podróżowali na ślepo. Problem w tym, że prowadził ich prosto jak po nitce, więc gdy wpadali w zajętą przez gwiazdozbiory i układy gwiezdne przestrzeń, musiała brać stary we własne ręce.

Dzięki temu jednak czuła się potrzebna w tym pełnym herosów świecie. Czasem siła muskułów była bezradna, a jej intelekt mógł zdziałać cuda.

W tym momencie były Wszechmogący siedział obok niej, w fotelu drugiego pilota, który zamontowała raczej z kaprysu, bo nikt inny tu nie pilotował maszyny. 

Siedział i wpatrywał się w udzielający na monitorach kosmos.

- Świat jest wielki. – powiedział w końcu. – Życia zwykłego śmiertelników nie wystarczy, żeby dobrze poznać swoją ojczysta planetę, co dopiero ten cały ogrom. Jest tu tyle miejsca, tyle przestrzeni... każdy mógłby żyć szczęśliwie, tak jak chce, w spokoju i mając wszystkiego pod dostatkiem. Mimo to pojawiają się tacy tyrani jak Freezer...

- Większość planet nie nadaje się do zamieszkania. – wtrąciła Bulma. – A jakkolwiek świat nie byłby wielki i tak trafią się szaleńcy, którym przyjemność daje krzywdzenie innych.

- Wiem i to jest straszne... – dołował się Dende. – Nazywaliście mnie Wszechmogącym, ale w porównaniu do tego wszystkiego wiem tak niewiele i mogę tak mało... byłem tylko opiekunem jednego małego kawałka skały dryfującego w bezprawnym oceanie.

- Nie jest tak źle – zaśmiała się Bulma i poklepała to po ramieniu. – w końcu lecimy odwiedzić twoich bliskich. To chyba powód do radości. Pomożemy im i szastprast,  humor ci się polepszy.

- Pewnie masz rację... – Nameczanin wysilił się na uśmiech, a Bulma powstrzymała się od westchnięcia. Cała podróż z Dendem przebiegała w podobny sposób. Gdy go poznała, jako małego chłopca, nie był takim mrukiem.

Całe szczęście, że wedle radaru byli już blisko celu.

Nagle tym statku wypełnił ogień i huk. W jednej chwili całą maszyną zamieniła się w pulsującą, rozedrgana masę, która za moment mogła się rozlecieć i rozproszyć w kosmosie. Czerwone światło wypełniło mostek i głośniki oznajmiały alarm.

- Truuuunks! – zawrzeszczała Bulma. – Coście zrobili, do diabła?! – szybko wpisała do komputera stosowne komendy i roboty naprawcze ruszyły do miejsca awarii.

„Uszkodzenie generatora tlenu!” zagrzmiał głośnikowy bas.

- Świetnie. – Nie mogła uwierzyć, że ich wyprawa nie powiedzie się tak blisko celu. Od miejsca, które wskazywał radar, dzieliło ich ledwie parę parseków. Jeśli silniki dostałyby energię ze wszystkich pomieszczeń...

- Załoga, do mnie! – ryknęła do mikrofonu. W jednej chwili stanęli przy niej. Wszyscy, poza Dendem, który był z nią od początku, poobijani i wycieńczeni. Chyba przesadzili ze sparingiem i nie będzie z nich wielkiego pożytku. Nim cokolwiek powiedziała, wpisała kolejne polecenia do systemu i działające jeszcze elementy machinerii poszły w ruch. – Zakładać kombinezony! – krzyknęła i wskazała skrytkę,, która właśnie się otworzyła. Nikt nie zadawał pytań. Bulma, kiedy byli trzeba, potrafiła wydawać rozkazy.

Gdy wszyscy byli gotowi wpisała ostatnie polecenia i sama naprędce przywdziała skafander.

- Jest źle? – zdobył się na pytanie Trunks, ale tylko spiorunowała to spojrzeniem.

- Siadać w fotelach. – wskazała miejsca dla pasażerów. – I zapiąć pasy. Szybko!

Gdy tylko zdążyli wykonać rozkaz, zgasły światła. Śluzaoddzielająca pomieszczenie od reszty statku zamknęła się i zapadła kompletną ciemność.

Nie na długo.

Zniknęły ekrany monitorów i obrazy z zewnątrz rzucane przez kamery. Kopulasta ściana otworzyła się niczym oko i ujrzeli przestrzeń kosmiczną, oddzielona od nich jedynie przeźroczystym balonem wytrzymałego tworzywa podobnego do szkła.

Bulma ostatni raz rzuciła okiem na współrzędne, które i tak zaraz zgasły, i chwyciła stery w ręce.

- Jedziemy. – powiedziała i odpaliła na maksimum wszystkie silniki.

***

- Wiesz co to za miejsce?

- Pytanie, to Komnata Ducha i Czasu. Korzystałem z niej już kiedyś. – odpowiedział. – Teraz jest bezużyteczna...

- Pytałem, czy wiesz co to naprawdę za miejsce. Tam, po drugiej stronie. – drążył Popo z uśmiechem. –Uszkodzone drzwi to tylko przejście. Pomyśl,  przecież jesteś naukowcem.

- Podprzestrzeń? –kaioshin pokręcił głową – Zacięcie czasoprzestrzeni? – znów przeczący ruch - Inny wymiar?

- Inny wszechświat. – uściślił czarnoskóry grubasek –Taki, w którym doszło kiedyś do katastrofy, przed którą moja rasa próbuje uchronić inne światy.

Gohana zmroziło. Ich pogoń za mocą, ciągła rywalizacja Goku i Vegety, może doprowadzić do czegoś podobnego... Potem pojawiły się pytania.

- W takim razie skąd ograniczenia? Czemu nie można przebywać tu dłużej? – po sekundzie uzmysłowił sobie, co jest najistotniejsze – Mój tata! Czy on też nie będzie mógł wrócić?!

- To pewne właściwości przejścia i świata za tymi drzwiami. Każde przejście i każdy świat po katastrofie rządzi się własnymi prawami. – enigmatycznie stwierdził Popo. –Nie przyszliśmy tutaj po to, by dyskutować o naturze wszechświatów. Tam – wskazał na drzwi do komnaty – będziesz trenował.

- Przejście działa? Potrafiłeś je naprawić? – zdziwił się pól-saiyanin.

- W końcu jestem Wszechmogącym. – zażartował bóg. – Wchodź, na co czekasz? – poklepał Gohana po plecach w ponaglającym geście.

- Sam?

- Twój przeciwnik już na ciebie czeka.

- Ale jak to? – dopytywał mężczyzna, ale Popo już otworzył drzwi i westchnął go do środka.

- Powodzenia! – krzyknął jeszcze na pożegnanie. –Przyjdę za godzinę i wolałbym, byś nie zginął do tej pory. Jeśli ten drugi się wydostanie, będą kłopoty...

Gohan wpadł do pokoju przejścia i wypatrywał rywala... nigdzie jednak nie mógł to dostrzec.

- Żałosne. – powiedział ktoś znajomym mu głosem. Całkiem jakby...

Wtedy to zobaczył.

Stał przed nim, z założonymi rękoma, drwiącym uśmiechem, czarnymi włosami przyjętymi na krótko.

Teraz był pewien, że to będzie najcięższa walka w jego życiu.

***

- Nie sądziłam, że  macierzyństwo może być takie ryzykowne. – westchnęła Videl.

Chi-Chi ze zrozumieniem pokiwała głową.

- Mimo, że mieszkamy na odludziu, wybryki Gotena nieźle nas kosztowały. Zniszczone pola, zabite zwierzęta... saiyanie wyglądają jak dzieci, ale są piekielnie silni. – spojrzała synowie w oczy z całą powagą. – Nie możesz nigdy o tym zapomnieć.

- T...Tak. – kiwnęła głową Videl. – Mówiłaś, że Goku nie był tak silny jako dziecko.

Chi-Chi na chwilę zatonęła we wspomnieniach.

- Tak, był o wiele słabszy, choć i tak miał krzepe... ale to co pokazują kolejne pokolenia. Nie mam pojęcia, skąd u nich taka moc.

- Czy to może być przez... – Videl zarumieniła się. – Transformację w super-saiyanina kiedy, no wiesz. – była cała czerwona.

Chi-Chi, kiedy domyśliła się o czym tamta mówi, też oblała twarz czerwienią i szybko chwyciła filiżankę herbaty, by pijąc przeczekać krepującą ciszę.

- O czym to ja... – powiedziała, gdy filiżanka była już pusta. – I musisz pamiętać o dobrym wykształceniu. Pan ma chyba zamiar zająć miesiące Satana na zawodach, ale w dzisiejszych czasach...

Przetrwało jej kołatanie do drzwi.

- Tata! – zerwała się na równe nogi Pan, która właśnie oglądała swoją ulubioną bajkę o dzielnym Saiyamanie w sąsiednim pokoju. Otworzyła drzwi, nim kobiety zdążyły podnieść się z krzeseł.

Do pomieszczenia wtoczył się ledwo żywy, poturbowany i posiniaczony Gohan.

- Wody... Tylko bez przypraw... – wyjęczał i usiadł na blacie komody w przedpokoju.

- O czym on mówi? – zdziwiła się Chi-Chi, gdy Videl była już tuż przy mężu ze szklanką zimnej kranowki.

Mężczyzna pił łapczywie i wkrótce naczynie było puste.

- Dziękuję kochanie... – wysapał.

- Co ci się stało? – zapytała zaniepokojona żona.

Oczy Pan szkliły się od łez.

- Tylko trenowałem.– uśmiechnął się i poczochrał córkę po głowie. Od razu wrócił jej dawny humor.

- Ja też! – wykrzyknęła – Nauczyłam się czegoś! Kaaame- Haaaame... – kobiety zauważyły, że między złożonymi dłońmi dziewczynki pojawia się światło.

- Nie kończ! – krzyknęły jednocześnie w ostatniej chwili.

- Brawo córeczko.– znów się uśmiechnął.

- A ty tato, a ty? – dziewczynka nie mogła wytrzymać z ciekawości.

- Stoczyłem najcięższą walkę w życiu.

Pan aż rozdziawiła usta.

- Jak pokonałeś swojego przeciwnika? – dopytywała się dalej.

- Nie pokonałem. – odpowiedział Gohan. – Przegrałem.

***

W najoptymistyczniejszych założeniach mieli rozbić się na planecie, która została wybrana na Nową Namek. Pesymistyczny scenariusz zakładał, że trafią w jakiś kosmiczny głaz pośrodku niczego.

W praktyce znaleźli się gdzieś pośrodku.

Odważna decyzja Bulmy, by całą energię spożytkować na napęd i samodzielnie poprowadzić statek przez kosmos, który w wielu miejscach bynajmniej nie był pustką,  a raczej lewitującym gruzowiskiem kosmicznego śmiecia, pozwoliła im dotrzeć bardzo blisko celu.

Rozbili się we właściwym układzie, tylko, że planetę za wcześnie.

Niestety, ta był niezamieszkana – kompletnie nie nadawała się do życia. Statek którym lecieli też już nie nadawał się do niczego poza byciemkosmicznym wrakiem, który może za miliardy lat – jeśli panujące tu warunki zmienią się dostatecznie – odkryją jacyś tutejsi przyszli jaskiniowcy.

Byli tal blisko celu... a równie dobrze mogliby rozbić się już przy starcie. Towarzyszyli jej jedni z najpotężniejszych wojowników we wszechświecie, jednak i dla nich ten dystans był zbyt wielki, by mogli do pokonać na jednym wdechu. Każdy z nich potrzebował powietrza... a prędzej czy później skończy się i to, które mają w zbiornikach przy skafandrach. Uub musi przenieść ich wszystkich. Biedny dzieciak, wszystko spoczęło na jego barkach.

- Uub. – powiedziała do wbudowanego w skafander mikrofonu. – Musisz nas zabrać a powrotem. To koniec. Nie udało nam się. – dodała ze smutkiem.

- To tam, tak? –Dende wskazał jaśniejącą na nieboskłonie gwiazdę. –Tak blisko...

- Naprawdę nic nie da się zrobić? –Goten był nieusatysfakcjonowany, tak jak wszyscy.

- To zbyt wielka odległość, by ją pokonać na resztkach tlenu, jakie mamy. Za daleko, nawet dla Nameczan. –zawyrokował Picollo.

- Tam jest Nowa Namek? –Uub wskazał na gwiazdę.

- Nie ma czasu. – przerwała ckliwa rozmowę Bulma. –Uubie, chłopcze, musimy na ciebie liczyć. – ukucnęła obok niego i chwyciła jego dłoń. – Poprzenosisz nas kolejno z powrotem na Ziemię?

Uub, zaskoczony aktem bliskości ze strony – w jego mniemaniu – staruszki, szybko wyszarpnął swoją rękę. Popatrzył jeszcze w niebo...

- Przeniosę was wszystkich jednocześnie. – stwierdził. – Tylko trzymajcie się mnie. Najlepiej się związać.

- Jesteś pewien, że dasz radę? –dopytywała kobieta-naukowiec, ale Trunks z Gotenem już wyciągnęli kawał liny z wraku i obwiązywali pozostałych.

- Poradzi sobie. – zapewniał fioletowowłosy nastolatek.

Gdy wszyscy byli już gotowi, Uub skupił się, nabrał powietrza, a potem dokonał natychmiastowej transmisji... prosto w kosmiczną pustkę przed nimi.

Bulma wyrywała się, ale chłopcy zmusili ją, by uczepiła się ramienia czarnoskórego towarzysza. Ten zrobił kolejny wdech i znów wszystkich teleportował.

Znów w pustkę.

I jeszcze raz.

Wdech.

Skok.

Wdech.

Skok.

Powietrza było coraz mniej, czuł przeszywający ból – w klatce piersiowej, w ciele, które musiało ciągnąć za sobą ogromny nadbagaż, w umyśle, nienawykłym do tak monstrualnego wysiłku. Aż oczy zaszły mu krwią.

Mimo to teleportował się. Ponownie. Ponownie.

Byli już tak blisko...

Ponownie.

Wylądowali na płaskim jak blat stołu stepie. Niemalże wryli się w glebę. Transmisja ze stanu nieważkości na powierzchnię planety nieźle ich poturbowała. Bulmazwymiotowała.

Reszta zdawała się być w niewiele lepszym stanie.

Wszyscy poza Uubem. Chłopiec padł na ziemię bez życia.

- Uub? – zmartwiła się Bulma. – Uub? – pochyliła się nad nim i sprawdziła jego oddech. –Uub! Ratujcie go!

***

Był piękny, słoneczny dzień.

Wszyscy nie mogli już się doczekać, kiedy się zacznie. Kobiety trzymały na rękach niemowlęta, mężczyźni wozili na barana swoje pociechy, podekscytowana tym, co zaraz zobaczą. Niektórzy już zaczynali się niecierpliwić, kiedy na środku stanął on. W przyciemnianych okularach i niemodnym garniturze. Właśnie włączył mikrofon. To oznaczało jedno.

- Panie i Panowie, ludzie, zwierzoludzie, monstroludzie i wszyscy pozostali! Witam uroczyście na inauguracji dwudziestej dziewiątej edycji Najwspanialszego Pod Słońcem Turnieju Sztuk Walki! – tłum odpowiedział gromkimi oklaskami. Wszyscy czekali na prezentację zawodników.

- To ogromna zmiana, że spotykamy się już po upływie roku, ale ten rok będzie wyjątkowy! – kontynuował prowadzący. – Nasz wieloletni champion, bohater ZiemiMr. Satan oficjalnie przeszedł na emeryturę i nie bierze już w udziału w turnieju. Możecie go zobaczyć na trybunach! – wskazał palcem siwiejącego mężczyznę, który ubrany był jak zwykle w swój kostium mistrza sztuk walki. Zebrani popatrzyła na niego i z paru stron dało się dosłyszeć buczenie, jednak większość pełna była podziwu i szacunku, dla dokonań, które sobie przypisywał. – Udział bierze za to wnuczka Mr. Satana, którą możecie pamiętać z poprzedniego turnieju! – wskazał na wejście dla zawodników, z którego ktoś z personelu wypchnął zawstydzona Pan.

Tłum wiwatował z radości. Oczy wszystkich skierowane były na małą dziewczynkę, która wyszła z cienia korytarza.

- W tym roku również nie ma sekcji solą juniorów, więc mała Pan będzie walczyć z najsilniejszymi wojownikami świata! – kontynuował mężczyzna. - Brawa dla niej! – publiczność zareagowała jeszcze bardziej żywiołowo.

Pan jednak nie potrzebowała oklasków. Potrzebowała za to wsparcie jej mamy i taty. Nie obawiała się samych walk, ale obecność tylu ludzi bardzo ją peszyła. Nie wiedziała, czy są radę dostatecznie się skupić i zapomnieć o tych wszystkich twarzach, które ją obserwują.

Dziadek Satan siedział w loggi tuż za jej plecami, ale gdzie było jej rodzice? Nie potrafiła ich odnaleźć w morzu ludzi... Nowy kompleks w którym od tego roku rozgrywał się turniej był w stanie pomieścić znacznie większą ilość osób, niż stara buddyjska świątynia. Na turystów czekało wiele atrakcji między walkami: wesołe miasteczko, konkurs siłowania się na rękę na rękę dla amatorów, miał pojawić się nawet niesamowity Saiyaman i dziewczynka aż niemal żałowała, że jest uczestniczką i to wszystko może ją ominąć.

- Oto pozostali uczestnicy turnieju! – zapowiedział komentator i arena, ku zadowoleniu małej Pan, wypełniła się pozostałymi zawodnikami. W tym roku było ich naprawdę wielu. Każdy chciał zwyciężyć i zarobić dziesięć milionów zeni. Nie odstraszały ich nowe zasady, wedle których każdy, kto przejdzie eliminacje może wystartować w turnieju dopiero za dwa lata, kto dojdzie do półfinałów za trzy, a do finału dopiero po czterech latach. Raz na cztery lata miały również być rozgrywane potyczki między mistrzami z poszczególnych lat o niebagatelną sumę stu milionów zeni, co wielu z obecnych śniło się po nocach jako bramy do raju na ziemi.

Dla Pan nic z tego nie miało znaczenia.

Szukała tylko znajomych twarzy jej rodziców w tłumie.

Odnalazła Videl, ale obok niej było puste miejsce... oczy dziewczynki nabiegły łzami.Dziewczynka przetarła je rękawem i próbowała zebrać w garść. Hej tata robi teraz bardzo ważne rzeczy... Wolała jednak, by był tutaj, a dziadek bronił świata jak zwykle.

Gdzie jesteś do cholery, pomyślała córka Satana, gdy to dostrzegła że swojego miejsca na widowni.

***

- Jesteś pewien, że chcesz znów spróbować? –Popo świdrował go swoim jak zwykle nic niewyrażającym spojrzeniem. – Każda próba to ryzyko, bądź dobrze przygotowany.

- Jestem. – odpowiedział pół-saiyanin.

Bóg popatrzył na niego przez chwilę, po czym podjął decyzję. Podszedł do drzwi i otworzył je.

- Wrócę za godzinę...

- Wystarczy mi pół. –stwierdził pewien swego Gohan.

- Jak sobie życzysz. – kaioshin był szczerze zaskoczony nagłym wybuchem determinacji swojego ucznia. Wiedział o zenkai, podejrzewał, że niepełnej krwi saiyan ten proces także w pewnym stopniu dotyczy, jednak to nie mogło spowodować takiej zmiany... Nie chciał też odczytywać myśli Gohana, ten zresztą umiał już to skutecznie blokować. – Skąd ten pośpiech?

- Córka na mnie czeka. – stwierdził krótko i ruszył mi drzwiom. – Miejmy to już za sobą.

Przekroczył próg, a drzwi zamknęły się za nim. Nie wypatrywał już przeciwnika. Od razu podszedł do lustra.

- Jestem.

Odbicie spojrzała na niego drwiąco i... wyszło z tafli szkła.

- Tym razem cię zabiję i zajmę twoje miejsce, słabiaku.

- Nie dam ci takiej szansy. – odpowiedział i ruszyli ku sobie, zaczynając starcie na śmierć i życie.



Created: 19/12/2016
Views: 481
Online: 0