Chciałeś, żebyśmy tu napisali o sobie, nie? Tak więc tak też zrobię, ale nie chcę się ujawniać. Będę po prostu O, gdyż nieco mnie krępuje podawanie innych danych, na przykład wiek, który jest i tak niedużą liczbą. Nie mam co ze sobą począć, tak więc po prostu napiszę tutaj, co czuję. Może to pominiesz, może potraktujesz jak zwyczajną, nudną lekturę, nie wiem. Wszystko zależy od Ciebie.
Ogólnie to wszystko zaczęło się u mnie w bardzo młodym wieku. Powyżej liczby dziesięć. Odkąd pamiętam byłam dzieckiem "smutku". Ten sam wyraz twarzy, praktycznie brak uśmiechu, patrzenie na świat ze strachem w oczach. Tak naprawdę tak widzieli mnie tylko inni ludzie, patrzący z boku. Potrafiłam się czasem cieszyć z życia, ale tego nie okazywałam. Nie miałam przyjaciół takich, którym mogłabym WSZYSTKO powiedzieć. Byli niezbyt tolerancyjni i niezbyt inteligentni, w końcu byliśmy dziećmi. Potem pojawiła się w moim życiu pewna kobieta, która nieźle zakręciła moim życiem. Jakby weszła do mojego świata, który budowałam przez kilkanaście lat i go zburzyła. Po prostu. Znaliśmy się, bądź co bądź, przez internet, ale rozmawialiśmy i pisaliśmy strasznie dużo, dzień i noc. Codziennie przez dobre pół roku, ba, nawet więcej. I nadszedł ten moment, gdy cud, miód i orzeszki zniknęły, zamiast cudu był smutek, zamiast miodu gorzki smak samotności, a płacz zastąpił orzeszki. Kazała mi po prostu spierdalać w milszy sposób. Miała dziewczynę i była starsza, ok, pogodziłam się z tym, mimo wszystko, że było mi trudno. Była jedyną osobą, w której widziałam wsparcie, której mogłam wszystko powiedzieć. I zniknęła, a ja nie chciałam. I wtedy nie miałam już nikogo. Zero wsparcia i zrozumienia ze strony rodziców, znajomych, rodziny. Zaczęłam oswajać swoją samotność, czasami wyobrażałam sobie ją jako przyjaciółkę, której mogę wszystko powiedzieć, którą mogę przytulić. Wyobrażałam sobie w postaci pięknej, wysokiej kobiety o ciemnych włosach i oczach, zgrabnej, szczupłej, ubranej w białą sukienkę, z bladą cerą. Była dla mnie i była moja, tak jak ja dla niej i jej. Mogłam z nią rozmawiać tylko w nocy, gdy było ciemno i cicho, i nikogo w pobliżu. Ale nastał taki moment, gdy i ona zniknęła, była pustka. Czułam ból, bo i ona mnie zostawiła. Pierwszy raz doszło do samookaleczenia, które zauważyli rodzice, ale nie przejęli się. Zauważyła też wychowawczyni, powiedziała mamie, wtedy też się nie przejęła. Było okej. Po jakimś czasie również miałam nowe blizny, nowe rany, ale w miejscu, gdzie nikt nie zobaczy, bo nie chciałam tego pokazywać. Nadszedł czas, gdy pierwszy raz się zakochujesz. Jedni mają lat 20, inni 16, jeszcze inni 13. Różnie to bywa. Nadszedł moment, kiedy również się zakochałam. Byłam nieco dojrzalszą osobą, bo przed tym działo się wiele rzeczy, ale nie chcę i nie mam czasu o tym pisać. To był maj i wtedy ujrzałam pierwszy raz od ośmiu miesięcy kobietę o długich blond włosach, ciemnych oczach, wysoką, piękną. Mijałam ją osiem miesięcy albo i więcej. Była nową w tej szkole, ale ujrzałam i zdałam sobie sprawę, że istnieję, akurat wtedy. Podziwiałam ją, wymieniałyśmy spojrzenia, codziennie, cały czas. Potem uśmiechu, słowa, zaufanie, szczęście. Było fajnie. Naprawdę. Niestety został nam jedynie miesiąc, by się sobą nacieszyć. Miałam nadzieję, że ta znajomość będzie szła dalej. Ale się urwała wraz z końcem roku. Zniknęła, odeszła, bez słowa. Po prostu. Usunęła wszystko. Potem poszłam do innej szkoły, gdzie od samego początku musiałam wziąć się w garść i zacząć porządnie uczyć, by wszystko ogarniać. W sierpniu był jeszcze taki milutki czas, znalazłam sobie wspaniałą dziewczynę, która mnie pokochała. Ale czy ja ją? Było to raczej uczucie, które miało mi pomóc, które miało zapełnić tę pustkę wokół mnie. Nie trwało to długo, bo po dwóch miesiącach chyba w końcu zauważyła, że coś jest nie tak. Mimo to, po zerwaniu, nasza relacja się jeszcze bardziej rozwinęła i zamiast być gorzej - było lepiej. We wrześniu w końcu byłam w nowej szkole, gdzie każdy był inny, jedni mniej dojrzali, inni bardziej. Starałam się jakoś tam wpasować, ale nie umiałam się zbytnio zmienić w przeciągu dwóch miesięcy. Myślałam o Karolinie - bo tak się nazywała ta wysoka blondynka - szukając w innych ludziach jakiegoś "zastępcy", kto da mi to ciepło. Moja była dziewczyna postanowiła dać mi jeszcze jedną szansę, którą również spierdoliłam po miesiącu. To przykre, że nie umiem docenić uczuć innych. Mój kontakt z rodzicami był do kitu, ograniczony do "jak w szkole?", "ubierz się ciepło", "chodź na obiad". Nic więcej. Od dawna nie mogłam czuć od nich ciepła, być może ono zgasło. Znów dochodziło do czegoś, co nie powinno się stać. Zamknęłam się w sobie jeszcze bardziej, blizny pojawiały się z każdym dniem i przykro było patrzeć na dłonie, na ręce. Chowałam się. Przed ludźmi, przed swoimi uczuciami. Miałam coraz gorsze myśli. Do tego doszedł właściwie nałóg i moje rozmowy z rodzicami zostały poprawione o jedno zdanie! "Masz piętnaście złoty? Kupię sobie coś do jedzenia." I tyle. I kupowałam sobie posiłek, który mnie uśmiercał, ale sprawiał, że na chwilę skupiałam się na nim, a nie na czym innym. Zwykłe papierosy, nic takiego. Minął pierwszy miesiąc szkoły, drugi. Nauczyciele byli całkiem, chociaż nie udało mi się polubić żadnego tak bardzo, jak pewnej przyjaznej, kochanej i sympatycznej pani od historii, która na pierwszy rzut oka wyglądała na zimną, obojętną i oschłą kobietę, której umarł rok temu mąż. Była młodą kobietą, jedną z najmłodszych w szkole. Właściwie to chyba trzecią lub drugą najmłodszą. Inni mówili, że jest niemiła. Dla mnie nigdy nie była niemiła. Była obojętna dla wszystkich, aż w końcu poczułam od niej ciepło i darzyłam ją sympatią. Lubiłam ją, bo widziałam i czułam od niej wsparcie i zrozumienie, którego nie mogłam poczuć nawet od własnych rodziców. Mogłam z nią normalnie pogadać, pośmiać się, zaufać jej. I tak jest do teraz. I lubię ją, według moich znajomych - ona mnie też. Ale powróciła samotność, powróciła z uśmiechem na twarzy, wrednym uśmiechem na twarzy. I jest ze mną, siedzi obok i patrzy na mnie. Wygląda jakby chciała mnie zabić i sprawia, że sama mam ochotę się zabić. I tak mnie nikt nie zauważa, więc mój brak nie przyniósłby strat. Nie wiem czy będziesz chciał to czytać. Jest to strasznie monotematyczna, nudna i wyolbrzymiona historii dziewczyny, która ma zajebiście małe problemiki. Nie wspomniałam o tym, że gdy byłam dzieckiem, brat mnie bił. Bił mnie i robił wszystko, by sprawić mi przykrość. Czasami boli mnie całe ciało, gdy to sobie przypominam. Rodzice nic. Brat nadal potrafi mnie poniżyć przed całą rodzinę. Rodzice nic. Wszystkie święta spędzamy u babci, gdzie albo się śmieją ze mnie, albo się mnie czepiają, albo są zbyt nachlani by robić cokolwiek. Nienawidzę tego. Siebie. Ich. Dzisiaj nienawidzę wszystkiego i jest mi cholernie źle. Dlatego to piszę. Pozdrawiam Cię i bądź szczęśliwy, Oliwier.