Bartłomiej Sienkiewicz
Wznieść się ponad własne obawy
Co tu dużo mówić, przez ostatnie dwadzieścia lat nie staliśmy my, Polacy, tak oko w oko z Rosją i Rosjanami. I to nie z Rosją nowoczesnych moskiewskich budynków, bezmiernych pieniędzy oligarchów, wojska i aparatu represji, ale z Rosją emocji, współczucia, ludzkiego odruchu pomocy i solidarności. Takiej Rosji nie znaliśmy, toteż zdumienie było obopólne. W Polsce przybrało charakter zaskoczenia, niedowierzania, a potem olbrzymiej sympatii i wdzięczności. W Rosji natomiast dało się słyszeć głosy, jak na przykład Dmitrija Babicza, zdumione tym, że Polacy są zaskoczeni. „Za kogo nas do tej pory uważaliście?" - zdawał się pytać za znanym publicystą niejeden mieszkaniec tego kraju. Otóż to, za kogo?
Powiedzmy sobie szczerze: za naród powtórnie wcielony w sowieckie koleiny, zniewolony, bezlitosny dla każdego, kogo zdawał się uważać za wroga jego władcy; a równocześnie nieobliczalny w swoich państwowych zachowaniach, ale zawsze skłonny do przemocy. Obrazki z Czeczenii, a potem z Gruzji wryły się w wyobraźnię nad Wisłą tym łatwiej, że zaledwie średnie pokolenie pamięta pobyt wojsk ZSRR na polskiej ziemi i pychę metropolii wobec kolonii. Skojarzenia tym silniejsze, że w ostatnich trzystu latach doliczylibyśmy się może pół wieku, kiedy wojska rosyjskie nie stacjonowały w Polsce, włączając w to ostatnie dwadzieścia lat.
Wszystko, co przechodziliśmy razem od rozpadu ZSRR, było albo powierzchowne, rządowo-dyplomatyczne, albo ludowe, lecz też nie pozostawiające miejsca na jakąś ciągłość, jakiś wspólny mit, na którym można było coś budować. Fala Rosjan zalewająca polskie bazary na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, odpłynęła, nie pozostawiając żadnego trwałego śladu w emocjach zbiorowych, podobnie jak nazbyt jowialny Borys Jelcyn. Obecna dekada obfitowała za to w stopniowane napięcia, w których zawsze czuliśmy się zagrożeni - czy to z powodu rosyjskiej obecności na Ukrainie czy Białorusi, czy w kwestiach gazowo-energetycznych, czy w sprawach bezpieczeństwa. Rozbieżne interesy urastały do rangi niewypowiedzianej konfrontacji, tym bardziej niepokojącej, że Rosja odzyskała siłę i nie sposób było nie dostrzec różnicy potencjałów.
Ostatni element tej układanki: Kreml wielokrotnie składał dowody, że tak jak w przypadku przystąpienia Polski do NATO, tak i w kwestiach przynależności Polski do Europy (Unii Europejskiej) chętnie by pomajstrował, przynajmniej osłabiając ten związek, a na pewno nie traktując naszego państwa jako partnera. I nie sposób było nie zauważyć, że rola Rosji w polityce państw Zachodu była zupełnie odmienna od wizji, którą sami mieliśmy, o czym niejednokrotnie przekonywali się rządzący w Warszawie, z Lechem Kaczyńskim na czele. Poczucie narastającego zagrożenia pozostawało.
Rosja jako skomplikowany kontynent w takiej optyce przestała istnieć, zniknęła wrażliwość na ludzi tam żyjących i jakakolwiek chęć ich poznania, a na czoło wysunęło się pytanie o rzeczywiste intencje Federacji Rosyjskiej wobec Polski, konfrontowane na co dzień z kamiennym obliczem Władimira Putina. No i wewnętrzna ewolucja Rosji, dla Polaków odstręczająca. Niewyjaśnione morderstwa polityczne, przemoc państwowa i administracyjna wobec przeciwników, zupełnie inny świat jeśli chodzi o rolę wolnych mediów (nie w ogóle, tylko masowych) i swobód obywatelskich. To były obrazy dominujące. I jeśli teraz pada pytanie „Za kogo nas uważaliście?", to odpowiedź winna brzmieć: „Może to niesprawiedliwe, ale uważaliśmy was za takich, jakich zechcieliście nam przedstawiać". Jednak w ten sposób uwadze polskiej opinii publicznej przez ostatnie dziesięć lat umknęło powstanie nowego pokolenia Rosjan - nowoczesnego, wychowanego na Internecie, dostrzegającego słabości własnego państwa, ale dumnego z rosyjskości. To z tym pokoleniem będziemy mieli w przyszłości do czynienia i to jego twarz w pierwszej kolejności zobaczyliśmy w dniach po tragedii katyńskiej. Co mają w głowach, ile w nich imperialnych kalek, a ile chęci rozumienia świata i gotowości do dialogu, dopiero się przekonamy. Ale nie ma innych Rosjan i nie ma innej Rosji niż ta Władimira Putina i Dmitrija Miedwiediewa, a równocześnie ludzi masowo składających kwiaty pod miejscami choćby lekko kojarzącymi się z Polską.
Wydarzenia następujące po 10 kwietnia pokazały jeszcze jeden aspekt sprawy - w Rosji zaczyna się dziać coś nowego, coś drgnęło w - wydawałoby się - monolitycznej polityce tego kraju i społecznych emocjach. Nie chodzi wyłącznie o prawdę o Katyniu, która wybrzmiała w prawie wszystkich głównych mediach, ani nawet o prawdę o stosunku ZSRR do Polaków w ogóle. „Sprawa polska" zaczyna być zalążkiem wewnątrz rosyjskiej debaty o własnej historii i własnym losie, o przyszłości Rosji. „To, co się działo w tych dniach, daje Rosji realną szansę na przywrócenie ludzkiego wymiaru polityki zagranicznej i wewnętrznej. A bez tego żaden (...) rzeczywisty rozwój nie jest możliwy" - pisała gazeta „Wriemia Nowostiej", dodając, że dotychczasowa retoryka władz doprowadziła Rosję do sporu z wszystkimi sąsiadami.
To jasne, że początkiem tej przemiany był rodzaj mini-głasnosti - przyzwolenia władz, i równie jasne, że była ona spowodowana demonstracją maksymalnie dobrej woli po śmierci najwyższych urzędników polskich na rosyjskiej ziemi, ale to z kolei poruszyło inne struny. Rosja jako państwo, która zaczyna rozumieć inną logikę niż logika siły i przemocy, to inny kraj niż ten, który znaliśmy do tej pory. Bezpieczniejszy dla siebie i sąsiadów, bo w ostatecznym rachunku to nie tarcza antyrakietowa zapewni Polsce bezpieczeństwo, ale taki sąsiad, wobec którego nie trzeba się uciekać do poszukiwania pomocy za Atlantykiem. Nie wiem, czy to możliwe, ale wiem, że warto próbować. Dlatego byłem współautorem „Apelu o pojednanie", mimo że w polskiej publicystyce mam ugruntowaną pozycję „rusofoba". Tak, nadal nie ufam państwu rosyjskiemu, ale wiem, że są chwile, w których trzeba wznieść się ponad własne obawy.
Na koniec istota sprawy: Katyń. To on był początkiem nieufności na pokolenia, ale i - jak mówił premier Donald Tusk w czasie swojego tam wystąpienia - zarazem mitem założycielskim Wolnej Polski. Prezydent Kaczyński leciał do Katynia z przemówieniem proponującym pojednanie. Oczywiście nadal jest wiele spraw do wyjaśnienia, podobnie jak nie znikną z dnia na dzień realnie rozbieżne interesy obydwu państw. Nie wiem, ile z tego obecnego porozumienia i współ odczuwania zostanie za miesiąc czy rok, ale wizja, w której polska krew dwukrotnie przelana w tym samym miejscu jest początkiem przemiany i Polski, i Rosji, jest tak fascynująca i tak bardzo zanurzona w paradoksie duchowego porządku, odmieniającego porządek realny, że nie sposób jej się oprzeć. Jeśli ma się spełnić, jeśli można temu pomóc, to powinniśmy wyciągnąć do Rosjan rękę, nie oglądając się na to, czy oni już swoje odpracowali. Bo drugiej takiej okazji możemy nie mieć przez pokolenie.
Bartłomiej Sienkiewicz jest analitykiem i współtwórcą Ośrodka Studiów Wschodnich.