JustPaste.it

Zjednoczone Kurczaki w leśnym gąszczu dezorientacji

 

Życie codzienne często bywa nudne dlatego postanowiliśmy zrobić coś niezwykłego, niecodziennego, a wręcz szalonego i właśnie z tym zamiarem zapisaliśmy się na Tropiciela. Dlaczego akurat na Tropiciela? Trochę to wyszło przypadkowo, tak samo jak przypadkowe były skład i nazwa drużyny, a potem obrana trasa :)

 

Czyli od początku… Pewnego dnia na forum studentów informatyki wrzuciłam informacje o różnych rajdach i biegach. Jak na informatyków przystało temat nie spotkał się z wielkim zainteresowaniem, jednak ku mojemu zdziwieniu kilka osób zgłosiło chęć startu w Tropicielu. Okazało się, że chłopakom spodobała się idea imprezy nocnej. Ostatecznie znalazło się dwóch odważnych – Mateusz i Marek, czyli razem ze mną mieliśmy już 3-osobowy skład. Czwartą osobę, Pawła, znalazłam na kickboxingu (w środowisku sportowym poszukiwania są dużo prostsze). Napis „United Chickens” zauważył Marek gdzieś na mieście i przesłał mi przetłumaczony na „Zjednoczone Kurczaki” akurat w momencie, gdy zapisywałam naszą drużynę. Nazwa oryginalna więc tak zostało :) Zatem mieliśmy już całą drużynę – pierwszy sukces!

 

Teraz o naszym doświadczeniu (a raczej jego braku) oraz o przygotowaniach do rajdu. Jako, że nikt z nas wcześniej nie startował w przygodowych imprezach na orientację,  nie wiedzieliśmy czy bardziej bać się nawigacji czy dystansu i zmęczenia. Byliśmy totalnymi amatorami zarówno w posługiwaniu się mapą, jak i bieganiu. Jeżeli chodzi o nawigację pomyśleliśmy (całkiem niesłusznie), że jakoś to będzie. Nad kondycją mieliśmy zamiar popracować ponieważ chcieliśmy podejść do rajdu ambitnie, a z nas wszystkich regularnie biegał tylko Paweł. Jednak tak się złożyło, że Marek nabawił się kontuzji kostki, Mateusz zachorował, Paweł miał coś z żebrem, a ja, jedyna zdrowa, poświęcałam cały wolny czas na zawody rowerowe. Także podsumowując - doświadczenie zerowe, przygotowań brak.

 

Nadszedł w końcu dzień startu… Z niedoleczonymi kontuzjami, lekko chorzy, aczkolwiek z bojowym nastawieniem dotarliśmy w piątek 27 maja  do Bystrzycy. Na miejscu rzucało się w oczy profesjonalne przygotowanie niektórych uczestników – mundury, camelbaki, kije trekkingowe, a nawet… kalosze!  Omal nie zostawiając karty startowej w bagażniku dokładnie o 20:51 wystartowaliśmy. Nasze pierwsze kroki były bardzo lekkomyślne ponieważ wybiegliśmy z bazy praktycznie nie spoglądając na mapę. Postąpiliśmy jak małe dzieci - rzuciliśmy się w pogoń za drużynami, które wystartowały przed nami zupełnie nie zastanawiając się, czy biegniemy w dobrą stronę :) Mieliśmy 25% szansy, że dobrze trafimy (były 4 warianty trasy) i jak się nietrudno domyślić poszliśmy w złą stronę. Zorientowawszy się co zaszło, nie wiedząc gdzie się właściwie znajdujemy, odbyliśmy krótką pogawędkę z miejscowymi, dzięki której znaleźliśmy się na właściwym szlaku. Ponieważ ambitnie cały czas biegliśmy szybko dogoniliśmy inną drużynę i… tu nasz kolejny błąd. Zamiast poczekać i zobaczyć gdzie pójdą postanowiliśmy na czuja wybrać własną drogę. Niestety nie wiedzieliśmy, że nasza droga wiedzie w stronę drugiego punktu, podczas, gdy jeszcze nie zaliczyliśmy pierwszego. Z wyliczeń Pawła zrobionych tuż po rajdzie wynika, że tym oto sposobem dołożyliśmy sobie ok. 3 km! Lekko zdezorientowani i zagubieni, dzięki pomocy innych drużyn docieramy do bunkra, w którym znajdował się punkt kontrolny O. Na punkcie miła niespodzianka – test wiedzy o oblężeniu Wrocławia w czasie II wojny światowej, rozwiązany dzień wcześniej przez Mateusza okazał się przydatny. Udzielamy 100% poprawnych odpowiedzi dzięki czemu nie musimy dźwigać ze sobą worka z piaskiem (wraz z liczbą błędnych odpowiedzi rosła ilość piasku, którą drużyna za karę musiała nieść do następnego punktu). Ponieważ w międzyczasie zaczęło padać i zrobiło się dość chłodno drogę do następnego punktu przebywamy piorunem. Poszło nam to tym szybciej, że trasa pomiędzy tymi punktami była najłatwiejszym nawigacyjnie odcinkiem – prosta droga bezpośrednio wychodząca na punkt P.

 

Na P spotykamy żołnierzy, którzy tym razem sprawdzili czy donieśliśmy piasek (w naszym wypadku sam worek). Zachęceni sprawnym odnalezieniem punktu truchtem wyruszamy w dalszą drogę i tu kolejny fail – nie zauważyliśmy numerów działek wytyczonych w lesie, po których orientacja w terenie byłaby dziecinnie prosta. Szybko się zgubiliśmy w gąszczu leśnych ścieżek i nie widząc dookoła żadnej drużyny, decydujemy się nadłożyć kilka (kilo)metrów i dojść do torów, żeby móc zorientować się gdzie jesteśmy. Po dotarciu do torów myślimy co dalej i nie mając lepszego pomysłu, idziemy po szynach aż do stacji, przez co znowu nadkładamy drogi. W tym  momencie dystans przestaje być dla nas istotny, najważniejsze, że nareszcie wiemy dokładnie gdzie jesteśmy :) Od stacji do punktu droga już dosyć prosta, po krótkich poszukiwaniach znajdujemy punkt kontrolny I, na którym mieliśmy do wykonania zadanie linowe. Ponieważ uwielbiam się wspinać punkt linowy był już przed rajdem zarezerwowany dla mnie. Trafny wybór ponieważ byłam najlżejsza z drużyny, a okazało się, że najpierw chłopacy musieli wciągnąć mnie na drzewo. Następnie szybko zaliczam most linowy i już biegniemy dalej. Widząc, że kolejny punkt jest w środku lasu (o zgrozo, nie ma obok żadnych torów, ani stacji!) postanowiliśmy liczyć skrzyżowania po drodze. Pomysł, jak większość naszych, niezbyt mądry. Stan rzeczywisty nie do końca zgadzał się ze stanem na mapie. Po dość długiej wędrówce doszliśmy do wniosku, że coś jest nie tak i rzeczywiście było – okazało się, że przeszliśmy punkt C i jesteśmy nieopodal punktu karnego. To znaczy, sami nie wpadliśmy na to, gdzie się znajdujemy, tylko spotkaliśmy inną drużynę, która właśnie szukała punktu karnego. Trochę się zdziwili, kiedy uświadomiliśmy im, że punkt ten zaliczają tylko ci, którzy nie uzyskają wymaganej liczby celnych trafień. Wspólnymi siłami doszliśmy na strzelnicę. Strzelca wyznaczyliśmy już wcześniej. Paweł wykazał się dobrą celnością i trafił wszystko co było do trafienia, także do punktu karnego nie musieliśmy wracać.

 

W drodze do punktu E nareszcie zauważyliśmy numery działek leśnych, ale też wtedy odezwały się pierwsze kontuzje. Wyboista, śliska i pokryta gęstym błotem droga okazała się niezbyt przyjazna dla kostki Marka. Musieliśmy zrezygnować z dalszego biegu i tym samym nasz bojowy plan „przetruchtania” całej trasy legł w gruzach. Niestety aura nadal nam nie sprzyjała, padał deszcz i było zimno, a nasz ubiór był adekwatny do naszego planu. Co poniektórzy (pozdrowienia dla Mateusza) założyli na siebie tylko krótkie spodenki i koszulkę termiczną dlatego za każdym razem gdy ścieżka stawała się trochę mniej grząska motywowaliśmy Marka do krótkich odcinków biegowych. Do punktu kontrolnego E przybyliśmy w miarę rozgrzani. Czekała nas tam niespodzianka w postaci Liona! Dowiedzieliśmy się również, że jesteśmy 50 drużyną na punkcie. Co prawda ta wiadomość nie informowała nas o aktualnej pozycji (drużyny startowały o różnych porach i w różnej kolejności zaliczały punkty), ale dawała miłe poczucie, że ponad połowa teamów jeszcze tu nie dotarła :) Jako, że w końcu umieliśmy się odnaleźć w terenie droga do następnego PK nie przysporzyła nam żadnego problemu i pomimo, że przez większość trasy szliśmy z uwagi na Marka, w mig dotarliśmy do punktu X. I tu znowu miłe zaskoczenie – przeprawa łódką z wiosłami przez rzekę, bardzo fajne zadanie, które sprawiło nam dużą przyjemność :) Po przeprawie wychodzimy na asfaltową drogę, zdążyliśmy już zapomnieć, że można chodzić z taką lekkością, bez przyklejania się do podłoża i zapadania w błoto. To przyjemne poczucie lekkości powoduje, że znowu zaczynamy poruszać się truchtem, a co za tym idzie przestajemy myśleć i popełniamy kolejne błędy nawigacyjne. Po pierwsze – przeszliśmy na złą stronę rzeki i musieliśmy się wrócić, po drugie – pomyliliśmy oznaczenia ścieżki z granicą gmin i szukaliśmy ścieżki tam gdzie jej nie było, po trzecie – nie umiejąc znaleźć ścieżki kręciliśmy się z pół godziny w kółko zamiast zdecydować się od razu na pójście na przełaj, po czwarte – wybraliśmy złe miejsce na przełaj, a mianowicie przedarliśmy się przez środek pola, przez co do pasa znowu byliśmy przemoczeni (po drodze, nawet nie zauważyliśmy kiedy przestało padać i zaczęliśmy powoli wysychać). Znowu jest zimno i mokro, jednak  niezrażeni niepowodzeniem brnęliśmy dalej przez trawy, aż tu nagle zobaczyliśmy dwie drużyny, poruszające się szybciej od nas, co znaczyło, że idą po drodze. W rzeczywistości tak było i już za chwilę my także szliśmy ścieżką, śladami napotkanych drużyn. Niewiele nam to śledzenie dało ponieważ na skrzyżowaniu jedna drużyna poszła w lewo, a druga oddaliła się w inną stronę. Jak zwykle nie potrafiąc określić dokładnego miejsca, w którym się znajdowaliśmy, stanęliśmy przed trudnym wyborem. Szczęśliwie zaufaliśmy przeczuciu Marka i również poszliśmy w lewo – w efekcie za kilka minut znaleźliśmy się na punkcie L. Z L udało nam się  dotrzeć do asfaltowej drogi. W tym momencie zgasiliśmy czołówki – zaczynało świtać. Po chwili zastanowienia postanowiliśmy trzymać się wyznaczonych ścieżek (jakoś przełaje nam nie szły :D), dzięki czemu zdecydowanie naokoło, ale bez problemów nawigacyjnych dotarliśmy do punktu K. Tu czekał nas kolejny bonus, czyli przeprawa przez kanał. Mateusz jako jedyny z naszej drużyny wybrał opcję najszybszą, czyli bez zbędnego myślenia przeszedł wodą na drugą stronę. Reszta podeszła do problemu z rozwagą – znaleźliśmy przewrócone drzewo, po którym przeprawiliśmy się na przeciwległy brzeg. W tym miejscu chciałabym pochwalić organizatorów za usytuowanie punktu, zawsze chciałam właśnie tak po drzewie przejść nad wodą, super! Punkt K zaliczony, idziemy dalej.

 

 Powoli zaczynamy czuć powstające odciski i pęcherze, nasze tempo nieco spada. Mateusz narzeka na nogi, ale dzielnie dotrzymuje nam kroku. Do następnego PK trzeba iść na przełaj (oj, szykują się kłopoty!), jednak odetchnęliśmy z ulgą, gdy zrównaliśmy się z drużyną, wyglądającą na zdecydowanie lepiej zorientowaną od nas. Na lepszych kompanów nie mogliśmy trafić i po „przyjemnym” i bardzo grząskim spacerku na skraju polany dostrzegamy lampion punktu kontrolnego T. Sam sukces! Ponieważ nasi przewodnicy poruszali się zdecydowanie wolniej od nas, pozostawiamy ich przy T, a sami zmierzamy szybkim krokiem w kierunku naszego ostatniego celu. O dziwo, trasa z T do R nie przysporzyła nam kłopotu ponieważ było już całkiem jasno i cały czas szliśmy wydeptanym w błocie szlakiem. Trzymając się ledwo na nogach, lecz podążając, a czasem nawet podbiegając uparcie najbardziej wydeptaną trasą, docieramy do mokradeł (w sumie to nawet nie zauważyliśmy, że to mokradła były bo cała trasa wyglądała podobnie :D), na których usytuowany był punkt R.  Z punktu R najbardziej zapamiętałam owieczkę, taki miły akcent. Mniej więcej w tym momencie zaczęło do nas, a przynajmniej do mnie, docierać zmęczenie i niewyspanie. Jak dobrze, że to był ostatni punkt! Wracamy się do czerwonego szlaku, który wiedzie prosto do bazy. Warunki są bardzo sprzyjające – wiemy, gdzie jesteśmy, znaleźliśmy się na ubitej drodze, a Marek już gdzieś między punktami K i T odzyskał wigor. Co prawda Mateusz nie wygląda na człowieka zdolnego do biegu, ale ambicja bierze górę nad zmęczeniem i znów przemieszczamy się truchtem. Gdzieś w połowie drogi do bazy tuż przed nami przebiegło całe stado dzików. Pierwszy raz widzieliśmy dziki na żywo i pierwszy raz w takiej ilości. Nie wiem dokładnie ile ich było, po naliczeniu 15 się zgubiłam, myślę, że gdzieś koło 40. Ponieważ nasze stopy po 9 godzinach w przemoczonych doszczętnie adidasach nie bardzo nadają się do użytku musimy trochę zwolnić, jednak nadal mijamy po drodze inne drużyny. Wreszcie dochodzimy do asfaltowej drogi i wiedząc, że meta tuż-tuż znowu biegniemy. O godzinie 6:41 wbiegamy do bazy zmęczeni, niewyspani, brudni, ale przede wszystkim ogromnie szczęśliwi. Dowiadujemy się, że mimo licznych błędów nawigacyjnych dotarliśmy w nienajgorszym czasie i zdobyliśmy tytuł Tropiciela!

 

Nareszcie mamy okazje się umyć, zjeść coś innego niż batoniki i wskoczyć w suche ciuchy. Czynności te nie są jednak wcale takie łatwe, za to wręcz doskonale pasują do atmosfery rajdu. Po 10 minutach stania pod prysznicem i przelewania zimnej wody tracę nadzieję na ciepłą kąpiel. Do wyboru była woda zimna lub lodowata – wybieram tą pierwszą - udało mi się mniej więcej umyć ręce i nogi. Przebieram się, trzęsąc się jak galareta. No tak – długich spodni na przebranie nie wzięłam, przecież miało być ciepło… W kolejce po żurek nawet nie stajemy, nie mamy na to siły. Zalegamy na materacu i pożywiamy się czekoladą, herbatą i fervexem, ja biorę jakieś proszki cudownie przywracające do życia w ramach regeneracji przed niedzielnymi zawodami rowerowymi. Chyba pomogło bo po dwóch godzinach przestaję się trząść :) Robi się godzina 10 - krótkie podsumowanie i trzeba zbierać się do domu. Pomimo, że jeszcze przed kilkoma godzinami naszym największym marzeniem było dotarcie do mety, jadąc do Gliwic nie mogliśmy uwierzyć, że to wszystko tak szybko się skończyło! Jednogłośnie podjęliśmy decyzję, że nie może nas zabraknąć na następnej edycji.

 

Tak wyglądała przygoda z Tropicielem z punktu widzenia drużyny, dla której była to pierwsza tego rodzaju impreza. Ogromnie się cieszymy i jesteśmy z siebie dumni, że daliśmy radę, na dodatek plasując się na wysokiej 15 (na 124 zespoły) pozycji. Udział w Tropicielu był dla nas niezwykłą okazją zdobycia nowego doświadczenia (przede wszystkim nawigacyjnego :P) oraz przeżycia cudownej przygody. Chcielibyśmy serdecznie podziękować organizatorom za wspaniały rajd oraz pogratulować wszystkim drużynom, które zdobyły zaszczytny tytuł Tropiciela. Obiecujemy podszkolić się w nawigacji oraz lepiej przygotować i… do zobaczenia już w listopadzie!

 

 

 

7bf381598a1069be370cf32e50eeb43c.jpg

                                                        Zjednoczone Kurczaki tuż po rajdzie, czyli od lewej: Mateusz, Marek, Ewa i Paweł